
Trudno uwierzyć, ale za nami już XVII edycja tego niesamowitego festiwalu, który z roku na rok przyciąga coraz większe rzesze fanów metalowej muzyki. Zresztą trudno się dziwić, skoro organizatorzy starają się zawsze przygotować mocne składy festiwalowe, tak było i tym razem.
Dzień pierwszy.

Do Aleksandrowa przyjechaliśmy dość późno, pod koniec występu CZERNINY. Pierwszy gig, jaki udało nam się zobaczyć tego dnia to HYDRA wykonująca całkiem przyjemny stoner/ doom metal. Kolejny band po występie chłopaków z Pleszewa to CIŚNIENIE. Powiem szczerze, nie wiem, co ludzie widzą w tym zespole. Osobiście trudno było mi dotrwać do końca ich występu. Wiem, że kilka osób bardzo się tym zespołem jarało, ale dla mnie to było niestrawne.

Na szczęście występ BAEST pomógł mi skutecznie zatrzeć to niemiłe wrażenie po koncercie CIŚNIENIA. Z BAEST miałem już wcześniej kontakt – raz, że widziałem już ich na żywo, a dwa, znałem ich twórczość. Dlatego wiedziałem, czego mogę się spodziewać po ekipie z Danii, która z lubością od 11 lat wykonuje Śmiercionośny Death Metal. Całość koncertu Panowie rozpoczęli smolistym tytułowym numerem z ich ostatniego albumu Colossus, następnie poleciały Misfortunate Son, Mouth of the River, w sumie 6 numerów, całość setlisty zamknięto bardzo rockandrollowym Stormbringer. Choć koncert był dość krótki, pozostawił po sobie bardzo dobre wrażenia – dzięki BAEST w skuteczny sposób zatarłem niemiłe wrażenia po występie ich poprzedników.


SIGH było mi dane widzieć już pięć razy i zawsze sprawiało mi to wielką radochę. Cieszy mnie również fakt, że na każdym z oglądanych koncertów zespół przygotował inną setlistę. Trochę żałuję, że tym razem Mirai przygotował tylko dwa numery z kultowego debiutu Scorn Defeat, mowa o Gundali i A Victory of Dakini. Tak czy inaczej, koncert wypadł naprawdę interesująco i na pewno był jednym z jaśniejszych występów tego festiwalu.


Jeszcze dobrze nie ochłonąłem po występie Japończyków, a tu na scenę weszła ekipa Kama Lee, by zetrzeć wszystkich na proch. Widziałem ten band wcześniej 3 lub 4 razy, dlatego było do przewidzenia, co panowie rozpętają na scenie. Gdy rozległy się pierwsze dźwięki Dawn of Eternity z wiekopomnego debiutu MASSACRE, byłem wpiekłowzięty. Zresztą tego dnia Panowie przygotowali bardzo konkretny set, poleciały wszystkie numery z From Beyond, tradycyjnie kończąc całość występu coverem DEATH Corpse Grinder. Przez cały koncert to była totalna jazda bez trzymanki – to, co się działo pod sceną, to istne szaleństwo i powiem Wam, że tego dnia MASSACRE rozbiło bank, deklasując wszystko, co po nich i przed nimi zagrało, a przecież tego dnia jeszcze było kilka naprawdę konkretnych tuzów.


Kolejny gig, który udało mi się zobaczyć tego dnia to występ szwedzkiego LUCIFER. To już chyba moje trzecie podejście i tym razem udało mi się zobaczyć ten band zdecydowanie zdominowany przez płeć piękną. Sama muzyka była mi dobrze znana, ale do tej pory nie było mi dane do tej pory ujrzeć zespołu na żywo. Tym razem udało się i jestem z tego bardzo zadowolony, bo koncert wypadł naprawdę dobrze, a pewnie sam Pan Piekieł był rad z tego, co usłyszał. Na tym koncercie LUCIFER zafundował nam podróż w odległe lata 70. Aby była to jeszcze bardziej wiarygodna podróż, obok swojego repertuaru tego dnia popłynął cover KISS Goin’ Blind i powiem Wam, słuchając tego wykonania, popłynęła mi łezka wzruszenia. Na koniec tej 12-utworowej setlisty poleciał oczywiście Fallen Angel, po czym nastała cisza. Jak potem się okazało, była to cisza przed burzą, której sprawcą był sam mistrz ceremonii Tom Gabriel Warrior, ale nie uprzedzajmy faktów. Chwila wytchnienia przy zmianie sprzętu na scenie to kolejny pretekst, by spotkać się z całą masą przyjaciół, i by choć przez chwilę porozmawiać i wychylić czary zapomnienia.


Kiedy nadszedł czas, udaliśmy się pod scenę, by chłonąć swymi czarcimi duszami to, co przygotował na dzisiejszy wieczór TRIPTYKON, a przygotował niezłe ciosy. Na pierwszy ogień poszły dwa zabójcze numery z repertuaru CELTIC FROST – Procreation (of the Wicked) i Circle of the Tyrants. po takich strzałach można było oglądać ten koncert wyłącznie z pozycji kolan, nawet nie próbowałem powstać, chłonąc każdy dźwięk tej Piekielnej tyrady. Jak się potem okazało, tego wieczora jeszcze miało popłynąć kilka szlagierów Celtyckiego Mrozu. Póki co poleciała jako kolejny numer Goetia – ależ to było złowieszcze i mroczne, uuuuuugh. Kolejny cios z płyty Monotheist to Progeny, który potrafił wywrócić wszystko do góry nogami – cały świat wirował, wgniatając mnie w podłoże; czułem smak plugawej mogiły i towarzyszący temu nieprzenikniony mrok. Z każdą chwilą zagłębiałem się we wszech ogarniającej otchłani, by przygotować się na Demon Pact. Ależ ten numer ma moc zgniatacza kości, pulsujący bass Vanji Šlajh uderzał w moją klatkę piersiową, niczym metalowy młot, z trudem oddychając, chłonąłem tę muzyczną zagładę gotowy na rychłą śmierć. Nagle z tej agonii wyrwał mnie numer, którego się nie spodziewałem, chodzi o Sorrows of the Moon z wiekopomnego dzieła Into The Pandemonium. Ależ Tom zrobił mi frajdę tym numerem, to było coś niesamowitego. Kolejny cios to A Dying God Coming Into Human – od razu przypomniał mi się katowicki koncert CELTIC FROST i ten niesamowity video clip do tego numeru. Strasznie ubolewam, że nie ma już wśród nas Martina E. Aina. Jedno jest pewne – tego wieczora był tu obecny jego duch. ostatni utwór przygotowany na ten wieczór z repertuaru TRIPTYKON to Aurorae i tu miałem ciary na plecach – kocham ten numer, jest w nim jakaś melancholia, przenikający smutek, ale i potężna siła. Na koniec ekipa Toma przygotowała jeszcze dwa numery z repertuaru CELTIC FROST: Synagoga Satanae i zamykający całość tego koncertu kolejny numer pochodzący z płyty Monotheist: Winter. Powiem Wam, że po tym koncercie mimo wcześniejszych deklaracji odpuściłem koncert CULT OF FIRE, by nie zaburzyć sobie atmosfery koncertu TRIPTYKON. Wow!, ależ to była uczta dla mojej spragnionej takich dźwięków duszyczki.

Mimo iż tego dnia byłem bardzo umęczony, przez długi czas nie mogłem zasnąć, myśląc o tym koncercie. W tym roku było mi dane widzieć TRIPTYKON dwukrotnie na żywo i pewnie, gdyby było to możliwe, zobaczyłbym tych koncertów więcej, ciągle mi mało, choć widziałem już ten band z 10 razy. Zawsze tym występom towarzyszy niezwykła aura, to prawdziwe czarcie misterium. Cieszę się, że w październiku będzie mi dane zobaczyć kolejny raz TRIUMPH OF DEATH, już nie mogę się tego doczekać.
Dzień drugi.


Ten dzień festiwalu rozpocząłem niefortunnie od końcowych numerów NEOLITH, na który się spóźniliśmy, ale to, co zobaczyłem, utwierdziło mnie w przekonaniu, że NEOLITH na żywo to totalne zniszczenie. Nie było mi dane jeszcze słyszeć premierowego materiału Inbir, ale wiele osób wypowiadało się na temat tego krążka bardzo pochlebnie. jak dodamy do tego niezwykle udane występy na żywo, jedno jest pewne – ten band rozpęta totalną dewastację.


Kolejnym zespołem był pochodzący z Australii KING PARROT – powiem szczerze, nie znałem do tego koncertu ich twórczości. I choć nie jest to moja muzyka, zobaczyłem ten gig bardziej z ciekawości. Otrzymaliśmy obskurny thrash z elementami death grind, może nie powaliło mnie to, ale zwróciłem uwagę na niektóre gitarowe riffy. Bez wątpienia było coś w tej muzyce intrygującego, choć na co dzień raczej unikam tego typu grania.

Jedyny koncert w Krypcie, który udało mi się zobaczyć to występ KÖNIGREICHSSAAL i powiem Wam, że się nie zawiodłem. Muzykę znałem wcześniej z płyt, ale na koncercie miało to zupełnie inny wymiar. Ubolewam, że umknęło mi kilka fajnych kapel, które grały w Krypcie. Może gdyby były dwie równoległe sceny, tak jak na Brutal Assault – kiedy jeden koncert się kończy, na drugiej scenie od razu zaczyna się kolejny gig – można byłoby zobaczyć więcej.


Drugiego dnia SDL wyraźnie pojawiło się więcej ludzi. Spora część publiczności przyjechała specjalnie na występy BLAZE’A BAYLEYA i SATYRICON, co pewnie nie powinno nikogo dziwić, w końcu te dwa zespoły są niezwykle szanowane w naszym kraju. Blaze tym razem przygotował niezły set składający się w dużej mierze z repertuaru IRON MAIDEN. Aby było śmieszniej, zanim wyszedł na scenę panowie zagrali instrumentalną wersję Doctor Doctor UFO. Oczywiście tego dnia nie mogło zabraknąć The Clansman, Summer, Lord of the flies czy Man on the Edge. W trakcie tego koncertu obok klasyki z repertuaru Maidens było nam dane usłyszeć Born As a Stranger z autorskiego debiutu Silicon Messiah. To był naprawdę udany koncert, wielu ludzi reagowało na tą muzykę niezwykle żywiołowo. Co jak co, ale Blaze ma tu wielu oddanych fanów, w końcu cały czas jest częścią rodziny IRON MAIDEN i nie ma tu wielkiego znaczenia czy obecnie gra z Ironami, czy nie. To, co zrobił z nimi, zapewniło mu wieczną miłość i oddanie fanów i to było widać na tym koncercie.


SVENTEVITH miałem okazję wcześniej widzieć pod nieco inną nazwą na Brutal Assault, projekt wtedy przykuł moją uwagę, natomiast na SDL ten band nieźle wychłostał publiczność, będąc na tym koncercie w znacznie lepszej formie. Ktoś może nie być przekonany do tego typu projektów, jednak jedno jest pewne: w tak surowej i brutalnie zagranej wersji Sventevith (Storming Near the Baltic) BEHEMOTH nigdy nie brzmiał. To był totalna nawałnica, niby te same numery z płyty a skala ekstremy była tu tym razem podkręcona na maksa. Ta koncertowa wersja rozniosła wszystko w drobny mak. Naprawdę, Nergal z chłopakami z MISÞYRMING to totalna dewastacja. Potem bardzo żałowałem, że nie dotrwałem do koncertu MISÞYRMING w Krypcie, ale po SATYRICON byłem już totalnie zmasakrowany.


Po tym koncercie mieliśmy chwilę wytchnienia, by naładować baterie na koncert SATYRICON, który wcześniej oglądałem na Brutal Assault. Oba koncerty wypadły naprawdę dobrze, choć występ na SDL wydawał się nieco lepiej brzmieć. Poza tym różniła się nieco setlista: w Aleksandrowie set był o 4 kawałki dłuższy, na Brutal Assault panowie nie zagrali Black Wings and Withering Gloom, To the Mountains, Nemesis Divina czy To the Mountains. Zresztą to nie jedyne różnice w setliście, może tym bardziej miło się to oglądało. Oczywiście nie mogło zabraknąć New Diabolical, The Pentagram Burns czy takich szlagierów jak Mother North, czy zamykający całość K.I.N.G. Analizując oba gigi, wydaje mi się, że koncert w Aleksandrowie był znacznie bardziej interesujący i to nie tylko ze względu na dłuższą set listę. myślę, że w ten dzień SATYRICON był w znacznie lepszej formie, a ja totalnie zmordowany tego wieczoru już nic innego nie miałem ochoty oglądać.


Dzień trzeci.


Ostatni (niestety) dzień festiwalu rozpoczęliśmy od występu polskiego heavymetalowego potwora kryjącego się pod nazwą AQUILLA. Ależ ten band zrobił rozpierdol na scenie — tak właśnie powinno się grać heavy metal! Nie dość, że zagrany z prawdziwą finezją i polotem, to jeszcze emanowało to taką energią, panowie prezentowali się na scenie jak klasowa załoga z Zachodu. Nie dziwi mnie fakt, że interesował się nimi High Roller, a obecnie trafili pod skrzydła Ossuary Records. To był doskonały band na rozkręcenie trzeciego dnia festiwalu i jeden z fajniejszych występów tegorocznej edycji Summer Dying Loud.


Kolejny band, który przyszło mi oglądać tego dnia to występ brytyjskiego CRYPTIC SHIFT, który przez wielu nazwany jest angielskim CORONER i coś w tym jest, bo choć sama muzyka wydaje się być w dużym stopniu brutalniejsza, to jeśli chodzi o poziom technicznego zaangażowania zespołu, jest on na tym samym levelu co u ekipy Rona Royce. Zaważywszy, jak młodzi są członkowie CRYPTIC SHIFT, jedno jest pewne – jak będą rozwijać w takim tempie swoje umiejętności, to z kilka lat ten band zmiecie wszelką konkurencję. To prawdziwe zjawiskowy band, mam nadzieję, że nie zabraknie im zapału i nadal będą kontynuować swoją niesamowitą twórczość. Na koniec dodam, że CRYPTIC SHIFT powstał w 2011 roku i jak dotąd ma na swoim koncie dwa pełnowymiarowe albumy i kilka pomniejszych wydawnictw. Ten koncert w pełni pokazał, jak wielki potencjał drzemie w tych zespole, to było coś niesamowitego.


Występ THY WORSHIPER zobaczyłem bardziej z ciekawości, bo nigdy jakoś wielkim fanem tego zespołu nie byłem, choć słyszałem ich kilka materiałów. Tak, że tak, jak wcześniej wspomniałem byłem ciekaw, jak wypadnie ten band na żywo i powiem szczerze, nie było źle, choć to nie moja bajka. Widziałem, że wielu ludziskom się podobało. Po tym koncercie pojechaliśmy na obiad, by chwilę odetchnąć – czekały nas jeszcze dwa bardzo ważne koncerty, ale nie uprzedzajmy faktów.


Korzystając z chwili wytchnienia przed kolejnym koncertem, który zaplanowaliśmy zobaczyć – zanim pojechaliśmy na obiad – odwiedziliśmy namiot, w którym kilku artystów tradycyjnie jak co roku prezentowało swoją twórczość. Zawsze, kiedy jest tylko chwila wolnego czasu, lubię odwiedzać to miejsce i spotykać się z artystami, oglądać ich prace. W tym roku swoje prace wystawiał Robert Von Ritter, który już kilka razy prezentował na tym festiwalu swoją twórczość. Tym razem można było zobaczyć kilka okładek nowych wydawnictw, w tym nową pracę, która ma zdobić nowy materiał OWLS WOODS GRAVES. Ponadto w tym roku prezentował swoje grafiki Maciej Kamuda. Można było również oglądać akwarele i obrazy olejne artystki, która na co dzień zajmuje się tatuażem artystycznym w tarnowskim studio Old Skull – mowa o osobie, która kryje się pod pseudonimem artystycznym Stara Czaszka. W tym roku wydaje mi się, że artyści mieli mniej przestrzeni, by zaprezentować swoje dzieła. Tak czy inaczej, oglądanie tych prac było miłą odskocznią. Można było porozmawiać z artystami lub nabyć coś z ich prac jako reprinty. Bardzo podoba mi się tego typu idea wspierania twórczości ludzi, którzy, choć nie tworzą bezpośrednio muzyki, to z metalową muzyką mają dużo wspólnego.


Gdy rozbrzmiewają pierwsze takty Curse the Gods, można się spodziewać, że nadchodzi czas totalnej zagłady, jaką tego wieczoru zgotowała nam ekipa DESTRUCTION. Nie było tu taryfy ulgowej od samego początku do końca. Jednak ktoś odpowiedzialny za dźwięk powinien bardziej się przyłożyć, by wycisnąć więcej z tych numerów, które, choć wykonane perfekcyjnie nie brzmiały za dobrze. Na szczęście setlista była zacna, obok Curse the Gods dzisiejszego wieczora panowie zagrali kilka zacnych oldschoolowych tracków, jak Death Trap, Mad Butcher, Bestial Invasion, Total Desaster. Zważywszy, że na set tego koncertu składało się 11 numerów, musicie przyznać, że ilość klasyków była zadowalająca. Choć chciałoby się jeszcze więcej i więcej, ale zdaję sobie sprawę, że taki band jak DESTRUCTION musi grać numery z różnych płyt. Zresztą nie ma wstydu przy takich numerach jak Destruction, Thrash Til Death, No Kings No Masters czy Nailed to The Cross, tym bardziej że te numery doskonale bronią się na żywo. Po tym koncercie miałem mały niedosyt, to był zdecydowanie za krótki gig.


Przyszedł czas na koncert wieczoru, czyli występ NEVERMORE, który w tym roku było mi dane oglądać 2 razy: raz na Brutal Assault, kolejny raz podczas koncertu z SAVATAGE w Warszawie i w końcu tu trzeci raz. Nie mam dość tego bandu i gdyby jeszcze chcieli zagrać gdzieś w pobliżu, nie miałbym obiekcji pojechać na kolejny gig. Cieszył mnie również fakt, że tym razem setlista była dłuższa, bo zamiast z 9 numerów składała się z 12. Poza tym w Aleksandrowie dobór setlisty był również bardzo zróżnicowany. Do tego, jak ten zespół potężnie brzmiał tego wieczoru, to była czysta przyjemność oglądać ten band odrodzony niczym feniks z popiołów, a wszystko za sprawą charyzmatycznego Berzana Önena, który godnie zastąpił zmarłego w roku 2017 Warrela Dane. To niezwykłe, z jaką łatwością Berzan poradził sobie z bardzo wymagającymi partiami wokalnymi Warrela, dając tym samym drugie życie NEVERMORE. Podobnie jest w przypadku macierzystego zespołu Warrela SANCTUARY, gdzie zastąpił go Joseph Michael. Miałem okazję oglądać występ odrodzonego SANCTUARY na Keep It True i totalnie mnie to zmasakrowało. Obaj panowie bez problemu poradzili sobie z bardzo trudnym repertuarem, udowadniając tym samym, że nie ma ludzi nie do zastąpienia. Oczywiście musiało trochę potrwać, zanim oba zespoły trafiły na właściwych frontmanów, ale warto było czekać. Teraz ponownie obie kapele odrodziły się i znakomicie sobie radzą koncertowo. Jest tylko kwestią czasu, kiedy obie ekipy przygotują premierowe albumy. Czyż nie jest to ekscytujące? SANCTUARY wypuściło w tym roku pierwszy singiel Not of the Living i zapowiada się to naprawdę niezwykle interesująco.


Po tym niezwykle intensywnym spektaklu, choć pełen euforii padałem z nóg, dlatego zdecydowałem, że odpuszczam koncert AZARATH w Krypcie i idę spać, koncert NEVERMORE był doskonałym zwieńczeniem tego festiwalu i był to chyba najciekawszy występ tegorocznej edycja Summer Dying Loud. Trudno było żegnać się z Aleksandrowem, bo atmosfera tego festiwalu jest naprawdę fajna. Lubię tu jeździć, spotykam tylu znajomych przyjaciół, cała ta atmosfera festiwalowa robi mi naprawdę dobrze i do tego tak zacny zestaw kapel. Jak tu nie być szczęśliwym? Będzie mi tego bardzo brakować, na szczęście czas płynie szybko… To co, do zobaczenia za rok?
Pozdrawiam całą ekipę Summer Dying Loud, odwaliliście kawał dobrej roboty, to była czysta przyjemność.
PS Może na kolejnej edycji SACRIVERSUM doczeka się zaproszenia do udziału na tym festiwalu? To zasłużony band dla naszej sceny no i pochodzący z Łodzi, do tego wydali ostatnio nową płytę, może warto byłoby zaprezentować tę muzykę na żywo?
NecronosferatuS





