
Pamiętam, jak po raz pierwszy dorwałem ten krążek na którejś z giełd płytowych. Wcześniej znałem ten band z opowieści starszych kolegów, którzy opowiadali niestworzone rzeczy na temat tego zespołu, a szczególności ich wokalisty Ronniego Nasty, który dodatkowo zajmował się zawodowo wrestlingiem jako zapaśnik. Do roku 1984 słuchałem praktycznie tylko klasycznego heavy metalu, Motörhead wydawał mi się wtedy najszybszą kapelą na świecie. Zmieniło się to diametralnie, kiedy poznałem starszych metali, którzy zadbali o moją muzyczną edukację. Dzięki nim poznałem Sodom, Hellhammer, Celtic Frost, Bathory, Possessed i zacząłem poszukiwać nowej bardziej ekstremalnej formy metalowej ekspresji. To dzięki namowie kumpli kupiłem debiut Nasty Savage, nie znając ich muzyki wcześniej. Kosztowało to wtedy krocie, ale w tamtym czasie nic poza muzyką się nie liczyło. Jako nastolatek nie miałem zbyt wiele winyli, ale mając kilka ciekawych tytułów, mogłem wymieniać się nagraniami, pożyczać sobie płyty, których w naszym kraju naprawdę nie można było tak łatwo dostać czasem. Jeździło się kilkaset kilometrów na drugi koniec Polski, by kupić jeden winyl, ile było radości, kiedy udało się coś fajnego ustrzelić. Tworzyła się pomiędzy nami niezwykła więź, spotykaliśmy się, słuchając razem płyt, jeździliśmy ekipą na koncerty, na giełdy płytowe, wymienialiśmy się nowinkami, które udało się nam gdzieś zdobyć. Nie było wtedy łatwo o muzyczną prasę w naszym kraju, nie było internetu, a Polska była cały czas oddzielona od Zachodu żelazną kurtyną. Mimo to docierała do nas muzyka i choć trudno to porównywać z tym, co działo się w tamtym czasie na Zachodzie, cieszyliśmy się z każdej muzycznej zdobyczy. Było to nasz główny cel – poznać jak najwięcej nowych zespołów tworzących kolejne podgatunki metalu: speed, thrash, death czy black. Zanim zaczęliśmy uskuteczniać tape trading z ludźmi z Zachodu, musieliśmy włożyć sporo wysiłku, by dokopać się do tych płyt. Na pewno pomogły w tym trochę stacje radiowe, które w naszym kraju zaczęły emitować audycje tematyczne związane z metalowymi nowinami. Dzięki takim audycjom jak Muzyka Młodych czy Metalowe Tortury poznaliśmy Kill Em All, Bonded By Blood, War And Pain, Hell Awaits i wiele innych znakomitych wydawnictw, które było u nas naprawdę trudno zdobyć, bo nie było wtedy w Polsce metalowych sklepów muzycznych. Na szczęście ci, który mieli rodziny za granicą, handlowali płytami na giełdach i bazarach. Można było tam coś kupić, choć często kosztowało to straszne pieniądze. Kilka razy wspólnie składałem się z kumplami, by kupić jakiś winyl, który potem krążył u nas na zmianę. Po jakimś czasie wymienialiśmy to na coś nowego i tak to się kręciło. Tape trading otworzył przed nami nowe możliwości. Zanim Nasty Savage zawitał do naszego kraju w roku 1988, byliśmy juz bardzo wkręceni w ich muzykę. Do materiałów demo Nasty Savage dotarłem późno, jednak wtedy było znacznie łatwiej u nas o pozycje z muzyką z regularnych płyt, niż demo. Dopiero wymiany nagrań z ludźmi spoza żelaznej kurtyny stworzyły takie możliwości, choć cały czas mieliśmy spore problemy z dogadaniem się, bo w naszym kraju mało kto znał angielski. Pamiętam, jak kumpel przegrał mi drugie demo z roku 1984 – Wage of Mayhem. Były to cztery numery trwające nieco ponad 17 minut. Mimo strasznej jakości (nie wiem, która była to kopia i na jakim sprzęcie przegrana) słuchałem tego na walkmanie na nonstopie. Debiut NASTY SAVAGE do dziś wzbudza we mnie niezwykłe emocje. Na pewno jednym z czynników jest tu sentyment – ten materiał kojarzy mi się z niezwykle szalonym okresem mojego nastoletniego życia. Wtedy do muzyki podchodziliśmy niezwykle emocjonalnie, to była dla nas RELIGIA. Nadal muzyka jest dla nas bardzo ważna, ale wtedy graniczyło to niemal z opętaniem.
W tych dźwiękach była zaklęta energia, która nas bez reszty pochłaniała. Byliśmy od tych dźwięków uzależnieni. Wkrótce stało się dla nas jasne, że te metalowe dźwięki są dla nas powietrzem, którym oddychamy. Od samego początku byłem wielkim fanem wokali Nasty Rionniego, który wtedy kojarzył mi się bardzo ze skalami Kinga Diamonda z czasów Don’t Break the Oath. Kocham kawałki No Sympathy, Gladiator, Metal Knights, Dungeon of Pleasure czy End Of Tome. Te numery w tamtym czasie urastały do rangi hymnów. Ile przegadaliśmy godzin na temat tej muzyki podczas słuchania tych nagrań, to były cholernie ekscytujące czasy. Do dziś ten album wzbudza we mnie szczególne emocje, to naprawdę jest to dla mnie jeden z ważniejszych krążków tamtych lat. Straszne cieszę się, że czas z tymi nagraniami obszedł się niezwykle łaskawie. Debiut NASTY SAVAGE cały czas poraża swoją witalnością, do dziś słucha się tego z dreszczykiem emocji. Ten materiał nigdy mi się nie znudzi.
NecronosferatuS




