Przejdź do głównej treści

OLDSCHOOL METAL MANIAC

Wywiad z INCEST

 

Już niebawem „Moriar” stuknie 30-lecie, materiał w końcu doczeka się wydania na CD i LP.  Uznałem te dwa fakty za wystarczający powód, by przepytać z tej  okazji lidera zespołu INCEST. Panie i Panowie przed wami Wojciech Ulatowski: 

 

 

  1. Witaj Wojtku. Cóż, nasza rozmowa będzie swego rodzaju „podróżą do przeszłości”. INCEST nie pozostał aktywny zbyt długo (zaledwie 6 lat), ale Wasze dziedzictwo jest bardzo ważne dla sceny death metalowej. Dwa dema INCEST: „Moriar” i „Release Spell” są po prostu znakomite. Ok, zanim porozmawiamy o tych dwóch kasetach, proszę, rzuć trochę światła na to, jak INCEST powstał, kto kogo poznał i czyim pomysłem było założenie zespołu?

 

Cześć Leszku. Dziękuję Ci za miłe słowa i zainteresowanie naszą spuścizną. No tak, z perspektywy czasu wydaje się, że to było tylko 6 lat i gdy spojrzeć na nasz dorobek wydawniczy i koncertowy, to rzeczywiście całość jest jak mrugnięcie okiem. Nim zdążyliśmy się nacieszyć drobnymi sukcesami, było już po wszystkim. Ale po kolei. Pytasz o początki. W zasadzie to zwyczajna historia, jakich wiele. Historia chłopaków z jednego osiedla, z których trzech stanowiło potem 75% składu Incest i ściślej ujmując, mieszkało na tej samej ulicy. Jak już wspominam o chłopakach z sąsiedztwa, to jak w zwyczaju bywa, muzyka nigdy nie była pierwszym wyborem dzieciaków urodzonych w latach 70. Sam wiesz, jakie to były wtedy czasy w Polsce. Blokowiska, dzieciaki grały w piłkę nożną, bawiły się w wojnę, trochę psociły. Poszczególne bloki walczyły o swoje rewiry, ale dzięki temu też się poznawaliśmy. W zasadzie brzmi to znajomo i w obecnych czasach, z tą różnicą, że wtedy, jeśli już mówimy o graniu, o dobry instrument było naprawdę trudno. W zasadzie o jakikolwiek instrument. Radioodbiorniki i magnetofony wystane w kolejkach albo załatwiane po znajomości były nierzadko jedynym sposobem na kontakt z muzyką. Były też gramofony i winyle. Oczywiście część z nas miała jakieś zdolności muzyczne, ale przekonać się o tym mieliśmy dopiero po latach. Potem kiedy już byliśmy nastolatkami, zaczęły się czasy poszukiwań nowych kierunków zainteresowań. A ułatwiły nam to pewnie nowe znajomości nabyte w szkołach średnich. Pierwsze wzorce godne naśladowania, pierwsze wizyty u starszych kolegów na próbach, pierwsze koncerty, na które chodziliśmy. Aż pewnego dnia stało się jasne, że my też chcemy grać. Pozostawała jeszcze kwestia samych umiejętności gry na instrumentach i same instrumenty. Kolejnymi przeszkodami były braki sprzętu w sklepach, pomijając ich ceny, oraz miejsce, gdzie można byłoby spotykać się na próbach. Tu z pomocą szły kluby osiedlowe i czasami szkoły, do których uczęszczaliśmy. Tak też na początku było i w naszym przypadku. Zatem, kiedy w (prawie) naturalny sposób przebiegł „przydział” instrumentów, byliśmy gotowi pełnić przypisane role. Marek „Guma” Matyjewicz poczuł zew do garów, bo chodził do „gastronomika”, a Mariusz „Kwaho” Kwas miał naturalne predyspozycje, by z prędkością światła nabijać kilometry na chwytni gitary. Mnie została niskotonówka, bo jak wszyscy stwierdziliśmy, basistów w Olsztynie było jak na lekarstwo, a gitarzystę rytmicznego będzie znaleźć znacznie łatwiej by uzupełnić klasyczny rockowy skład. Plan już był. Przygodę z muzyką zaczęliśmy od grania krajowych i zagranicznych bluesowych i rockowych klasyków, szlifując umiejętności gry na swoich instrumentach i wypełniając szkolne apele. Po wielu miesiącach odtwarzania szlagierów innych zespołów zakwitła myśl o próbie zrobienia czegoś swojego. I tak w październiku 1989 zdecydowaliśmy podążać własną ścieżką, pod własnym szyldem. Kolejne miesiące wypełnione były próbami, na których powstawały pierwsze kawałki, choć wtedy jeszcze nazwa zespołu ewoluowała. To była końcówka „cudownych” lat 80., kiedy ostra muzyka metalowa zdobywała na świecie salony. Niestety w szkołach w Polsce z akceptacją takiej muzyki, czy idąc dalej, subkultury nie było lekko. Choć dziś w Polsce na odwrócony krzyż, też mody nie ma. Pomysłu na takie granie nie zaakceptowali też niektórzy „muzycy”, z którymi wtedy graliśmy. Posada Instruktora koła muzycznego, którą jako już pełnoletni człowiek przyjąłem, pozwoliła nam utrzymać w szkole salę prób i kontynuować działalność pod nazwą INCEST. W styczniu 1990 roku do mnie (bas, voc) i „Gumy” (bębny) oficjalnie dołączył już wspomniany „Kwaho” oraz Marcin „Tejszer” Tejszerski – gitarzyści. Incest, mieszcząc się stylistycznie w heavymetalowym nurcie, podążał przez thrash w kierunku coraz to bardziej ostrego grania. W tym składzie i pod nazwą Incest zaliczyliśmy pierwsze występy oraz sukcesy. Niestety kierunek — ekstremum nie odpowiadał Tejszerowi i opuścił szeregi Incest w zasadzie prawie na początku. Jego miejsce zajął we wrześniu 1990 roku Andrzej „Slave” Gronek, koleś, który uczęszczał do tej samej szkoły, co ja i Kwaho. Po tej zmianie personalnej postanawiamy zrezygnować w całości ze starych kawałków i rozpoczęliśmy pracę nad całkiem nowym materiałem. Część została umieszczona potem na „Moriar”. 

 

 

  1. Wasze korzenie wywodzą się z Olsztyna, miasta, które w przeszłości było kolebką wielu metalowych zespołów. Czy ta lokalizacja miała jakiś wpływ na Waszą decyzję o założeniu zespołu i graniu ekstremalnej muzyki?

 

Niewątpliwie się przyczyniła. Wiesz, gdy Vader popełnił „Necrolust”, wielu fanów ciężkiej muzyki z Olsztyna odebrało to jako drogowskaz. Ta demówka była dla nas w tamtym czasie, jak msza dla katolika, z tą różnicą, że nie musieliśmy czekać na nią do niedzieli. Ja swoją kopię zjechałem momentalnie. Poza tym z Krzysztofem „Docentem” Raczkowskim byliśmy rówieśnikami i chodziliśmy do równoległych klas w „Elektroniku” w Olsztynie. Absolwentami tej szkoły są również „Kwaho” i „Slave”. No, to kiedy się chodziło do technikum z najlepszym perkusistą metalowym na świecie, a do tego słuchało „metalu”, to już tylko krok od założenia zespołu (hehe). Decydującym czynnikiem było oczywiście środowisko, w którym przyszło nam dorastać, oraz nasze preferencje muzyczne. Generalnie muzyka była obecna w naszym życiu pewnie od najmłodszych lat. Tak przynajmniej było w moim przypadku. Już jako małolat zaliczyłem kilka heavymetalowych koncertów. Gdy miałem zdaje się 9 lat, do Olsztyna zawitał węgierski Locomotiv GT. Pamiętam, że po wyjściu z kina „Grunwald”, gdzie miał miejsce ich koncert, szliśmy z ojcem do domu, a każdy z nas krzyczał mówiąc do siebie. Tak byliśmy ogłuszeni. To było w tamtym czasie niesamowite przeżycie dla takiego małego gnojka. Niewątpliwie odcisnęło na mnie swoje piętno. Potem, na początku lat 80. były w Olsztynie koncerty Perfect i TSA, a kończąc podstawówkę, w której razem z kolegami z klasy słuchaliśmy polskiego i zagranicznego ciężkiego rocka oraz heavy metalu, koncerty Iron Maiden i trochę później Accept, które zawitały do Polski. Tego nie można było już zapomnieć. Na ulicy, na której mieszkaliśmy, mieści się do dziś klub osiedlowy SDK Akces, gdzie odbywały się kiedyś najstarsze, najbardziej znane giełdy płytowe w ówczesnym województwie olsztyńskim. Chodziłem na nie regularnie, więc źródło ulubionej muzyki, jakieś tam, było. W nieco późniejszym czasie pojawili się też starsi koledzy z dostępem do zachodnich wydawnictw płytowych, którzy przyłożyli się do naszej metalowej edukacji. Również to, co Peter dzięki Vaderowi „pozyskiwał” od zagranicznych przyjaciół, wymieniając się demówkami, krążyło po Olsztynie pocztą obiegową. Tak odkryliśmy wiele kapel, ja osobiście Morbid Angel. To mnie zmieniło. Sam więc widzisz. Nie mogło być inaczej. Wielu z nas w Olsztynie czerpało z tego diabelskiego rogu obfitości. Zostaliśmy naznaczeni i opętani. 😉 

 

  1. Początek lat 90. to niezaprzeczalnie czas, kiedy death metal rządził na całym świecie. Wiele zespołów zaczynało jednak swoją karierę, grając thrash metal. Z czasem, rzeczywiście, brutalizowały swoją muzykę — jak VADER, BETRAYER, ARMAGEDON, MERCILESS DEATH, by wymienić tylko kilka z nich. Jak w tym kontekście wypada INCEST?

 

Trochę już wspomniałem o tym wcześniej. Skłamałbym, gdybym powiedział, że od razu mieliśmy zamiar grać ciężką brutalną muzykę. Szeroko pojęty hard rock i heavy metal interesował nas prywatnie od zawsze. Każdy z nas marzył, żeby podpiąć się kiedyś do swojego „pieca”, włączyć „przester”, przekręcić potencjometr głośności w prawo, jak się tylko da i przypierdolić. Ale to rosło w nas dość długo, od pierwszego kontaktu z instrumentem. Myślę, że nie odkryję tu Ameryki, jeśli stwierdzę, że pewna ewolucja w kierunku brutalniejszych gatunków jest następstwem opanowania instrumentu, ale też rozwoju i pojawiania się nowych gatunków w obrębie danego nurtu muzyki. Myślę, że to naturalne. Dziś ciężko ewoluować od thrashu do deathu, bo one już są. Teraz to kwestia pewnej decyzji. Wtedy, pod koniec lat 80. byliśmy świadkami ewolucji tej muzyki. Braliśmy w niej pewnego rodzaju udział. Inną kwestią może być wiek muzyków? Młodzież jest podatna na pewne wpływy. 😉 Nie wszyscy jednak podążają taką ścieżką i nie można generalizować. Są zespoły, które zaczynały, powiedzmy „mocno”, a teraz grają wręcz ballady. Przykładem takiej kapeli jest Opeth, który sobie bardzo cenię. Może w niektórych przypadkach to kwestia dojrzałości. Jeśli chodzi o Incest, pewnie miały na to wpływ czynniki, o których wspomniałem przed chwilą, ale na pewno też moje, nasze upodobania muzyczne tamtego okresu. Od samego początku przygody z death metalem była ze mną prawdziwa miłość — twórczość Chucka Schuldinera, ale niewątpliwe piętno odcisnął Morbid Angel i Deicide. Nie wiem, co byłoby dalej, ale było za krótko i już się tego nie dowiemy… 

 

 

  1. Czy to czysty przypadek, że demo „Moriar” przesiąknięte jest wczesnym AMON/ DEICIDE? Czy te zespoły były Waszymi głównymi inspiracjami w tamtym czasie? Jakich innych zespołów słuchaliście wtedy na co dzień? Które albumy były dla Was najbardziej wpływowe/ znaczące? Albo najbardziej miażdżące, potężne, pamiętne i zajebiste? Graliście na żywo, więc proszę opowiedzcie nam o tych występach? Gdzie graliście swoje koncerty? Z jakimi zespołami?

 

Znów trochę uprzedziłem pytanie. Ale czy rzeczywiście tak było? Sam nie potrafię odpowiedzieć, czy jako autor praktycznie wszystkich kompozycji Incest podświadomie czerpałem z Amon/ Deicide. Zdecydowanie nie było takiego zamiaru. Oczywiście trudno uniknąć porównań do prekursorów gatunku i przeczytałem kiedyś na łamach jakiegoś fanzine’a, że ktoś napisał o nas – „Incest, to polski Deicide”, ale osobiście nie widzę uderzających podobieństw. Miłe to, ale nie. No, ale skoro tak twierdzisz? Nie, nie…, a może? 😉 

Co do inspiracji… mam z tym problem. Łatwiej jest mi powiedzieć co lubiłem i oczywiście dalej lubię, ale trudno mi z pełną odpowiedzialnością do jakiejś nazwy się odwołać. Nie ucieknę od Death, ale na siłę nie wskażę nic więcej. Incest z pewnością „wypuściłby” więcej kawałków, gdyby któryś z muzyków zechciał mnie w tamtym czasie w większym stopniu wspomóc. Ja niestety wyrzucałem każdy riff lub fragment, w którym potrafiłem rozpoznać znany mi kawałek utworu jakiegoś zespołu. Nawet, gdy wydawało mi się, że to może być coś znanego, wyrzucałem. To było bardzo denerwujące i frustrujące. 

Odpowiadając na Twoje pytania, zdecydowanie łatwiej jest wypowiedzieć się w swoim imieniu, ale rzeczywiście mógłbym się pokusić o jakieś nazwy kapel i tytuły płyt, jakie lubiliśmy. Nie wszystkie da się wymienić, niektóre pewnie mi się przypomną po czasie, poza tym każdy z nas miał rozmaite upodobania muzyczne, a i nasze gusta były różne, a przynajmniej często bywały różne. Za każdą nazwą kapeli, płytą, a często pojedynczym utworem, kryje się jakaś historia. Dlatego nie sposób mi wymienić wszystkie z podziałem na wpływowe, znaczące, miażdżące itd. Nawet nie sposób dzielić je na gatunki muzyczne. Każda muzyka może mieć wpływ na naszą duszę, nastrój i emocje. A te z kolei na to, co robimy. Wymienię kilka dobrze znanych wszystkim nazw, bez zbędnego tłumaczenia. Z polskich zespołów heavy – TSA, KAT, Vader. Zagranica, nieco szerzej– King Crimson, Genesis, Jethro Tull, Deep Purple, Black Sabbath, Led Zeppelin, Judas Priest, Ozzy Osbourne, AC/DC, Accept, Iron Maiden, Mercyful Fate, King Diamond, Celtic Frost, Metallica, Testament, Megadeth, Kreator, Sepultura, Slayer, DEATH, Morbid Angel, Deicide, Terrorizer, Massacre, Pestilence, Carcass, Napalm Death, Nocturnus, Fear Factory, Immolation, Obituary. Do tego Jimi Hendrix, Joe Satriani, Yngwie Malmsteen, Marty Friedman, Van Halen, Whitesnake, Dream Theater, Faith No More, Pink Floyd, Yes, Rush, Supertramp, Wishbone Ash, Saxon, Scorpions… Jak widać klasyka. Każdy z nas uciekał również w świat muzyki znacznie oddalonej od sprofilowanego wyżej zestawu. Ze swojej strony wymienię przedstawicieli brytyjskiej wytwórni 4AD z Dead Can Dance, Cocteau Twins, Bauhaus, czy Clan of Xymox na czele. I każdy z nas, czy Was ma własny wysublimowany świat muzyczny. 

Incest sporo czasu spędzał w sali prób. Zawsze podchodziliśmy profesjonalnie do grania. Oprócz autorskiego materiału lubiliśmy wrzucić sobie na warsztat i grać potem na koncertach, kawałki znanych kapel. Sporo tego mieliśmy w repertuarze. To nas niezaprzeczalnie rozwijało, ale mieliśmy też sporą radochę z samego przygotowania, a potem z końcowego efektu. Wiesz, kiedyś nie było Internetu dla szerokich mas, TABów i innych pomocy. Wszystko robiliśmy ze słuchu. Fajnie było zagrać dla maniacs jakiś znany kawałek. Odbiór był zawsze zajebisty, a my mieliśmy satysfakcję. I choć początki nie były łatwe – zmiany personalne, a potem praca, już w nowym składzie nad „Moriar”, to zawsze była radocha, kiedy mogliśmy gdzieś zagrać. 

Początkowo graliśmy w Olsztynie i całym województwie. Ale nadarzyła się też okazja zaprezentowania się w Warszawie. Dopiero już po nagraniu „Moriar” w 1992 roku, ruszyliśmy nieco dalej. Często graliśmy z kapelami z tzw. podwórka, a wśród nich: Vader, Slashing Death, Unborn, Christ Agony, Desolator, Insidius, Exile, Reborn Angel, Impurity, Atrocious Filth, Heretic, ale także z kolegami z innych miast Thanatos/ Trauma, Christ Flesh, DDT, Lastwar, Pandemonium, Hate, Violent Dirge, Betrayer i z zespołami o nieco innej stylistyce, jak Karcer, czy Kinsky. 

 

  1. Jakieś szczególnie pamiętne występy na żywo, o których chcielibyście nam opowiedzieć?

 

Wspomnę może o dwóch wyjazdach. Łączą je podobne okoliczności. Wyjazdy były nagłe i niezaplanowane. W obu przypadkach zdecydowaliśmy się na nie w ostatniej chwili, bez 100%-wej pewności, że zagramy. I w obu przypadkach pozwoliły nam one pokazać się szerszej publiczności, co w połączeniu z udanym występem otworzyło przed nami szerzej drzwi do pierwszego kontraktu z Carnage Rec. Tak przynajmniej to odebraliśmy. 

Pierwszy z nich odbył się 25.10.1991 roku w Warszawie w XXXIII LO im. Kopernika. Zjechało tam sporo metalowych kapel w tym kilka z naszego regionu. Był Vader, Unborn, Slashing Death oraz Desolator. Wystąpił też Incest, choć nie było nas nawet na plakacie. Wśród zasłużonych już kapel wymienię Pandemonium i kolesi z Lastwar, z którymi się wtedy nieco bliżej skumplowaliśmy. Jak zwykle, oprócz własnych produkcji, postanowiliśmy zagrać jakiś cover. Taki stały punkt programu. Tym razem była to nasza premiera, którą szlifowaliśmy wcześniej dość długo. Pamiętam, jak Jacek „Niechętny (Jackie)” Kalisz zapytał nas wtedy, co tym razem jest na tapecie? Chyba Guma odrzekł, że Morbid Angel – „Blessed are the sick”. „Niechętny” z grymasem na twarzy i lekko drwiącym uśmieszkiem odszedł. I choć osobiście uważam, że Jackie był spoko kolesiem, to wtedy jedyne czego chciałem, to utrzeć mu za te drwiny nosa i zajebać na scenie Morbida perfekcyjnie. Chyba się udało. Jak cholera. Po koncercie „Docent” podszedł pogratulować. Takie małe marzenia i wielka satysfakcja, ale u podstaw ciężka praca. Drugi to wyjazd na festiwal do Jarocina w 1992 roku. Nie wysłaliśmy zgłoszenia do konkursu, bo nie było takich zamiarów. I choć materiał na „Moriar” mieliśmy już zarejestrowany, to uznaliśmy, że Jarocin pomimo występów Kata w przeszłości oraz zaplanowanej w 1992 roku „Nocy w hucie” (metalowy wieczór), to nie jest jednak festiwal, na który mamy szansę się dostać. A gwiazdą niestety nie byliśmy, aby nas zapraszano poza konkursem. Na domiar złego, w maju 1992 kapelę opuścił Kwaho, a Jarosław „Jaro” Ferenc, który go zastąpił, miał zaledwie dwa miesiące, aby przyswoić materiał i zgrać się z zespołem. Jednak Mariusz Kmiołek, który nas już niejednokrotnie widział, namawiał na przyjazd na tzw. „otwarte drzwi”, byśmy spróbowali swoich sił. Diabeł Kmiołek kusił i skusił. Jaro też dał radę, zdolna bestia. Pojechaliśmy w ciemno do Jarocina 03.08.1992 roku. Jak już zameldowaliśmy się na miejscu i zaczęliśmy przysłuchiwać się na żywo kapelom ubiegającym się o bilet w konkursie głównym Jarocina ’92, wiara w powodzenie nieco zmalała. Szkoda byłoby pocałować klamkę i zaraz wracać do domu. Przecież to był jeden z największych rockowych festiwali w tej części Europy i szansa na szerszą prezentację przed publiką. Może nie stricte metalowy, ale jak już byliśmy, trzeba było powalczyć. Po tym, jak zeszliśmy ze sceny przesłuchań, wiele kapel podchodziło do nas z gratulacjami, że zajebaliśmy bez mydła. Wtedy pomyślałem sobie, że taka rywalizacja jest fajna, napędza. Pamiętam taką niepisaną rywalizację między Vaderem, a Imperatorem. Zawsze było oczekiwanie, która z kapel lepiej wypadnie na festach, w których brały udział i wygra nieformalny pojedynek. I może wtedy bardziej przeżywali to fani danej kapeli niż same zespoły? Nie wiem? W naszym przypadku ciężko było nam obiektywnie stwierdzić, jak wypadliśmy na tle innych, ale wystarczyło, aby przejść przez sito i dostać się na Festiwal Jarocin ’92. Potem zagraliśmy następnego dnia w konkursie w JOK-u (Jarociński Ośrodek Kultury), a 07.08.1992 jeszcze raz, ale już w amfiteatrze. Była szansa zagrać na głównej scenie Jarocina, ale na ten czas lepszym, a na pewno bardziej zasłużonym był Dead Infection i to oni dostali swoją szansę. I znów powtórzę, że może nie było to metalowe święto pokroju Wacken, albo polskich Metalmania, Drrrama, czy S’thrash’ydło, ale wtedy to był dla nas szczyt marzeń. Zdobyty szczyt. 

 

 

  1. A wasz pierwszy koncert w życiu?

 

Rozumiem, że pod szyldem Incest? W zasadzie to był również udział w konkursie. Odbył się w Kętrzynie 22.04.1990 roku na imprezie pod nazwą „Konfrontacje ’90”.Jadąc tam, nie mieliśmy jeszcze własnego materiału, z którym chcielibyśmy się pokazać. Stwierdziliśmy, że tylko jeden nasz kawałek nadawał się do tego, aby go zaprezentować, bo drugi nie był jeszcze dopracowany i nie miał tekstu. W zasadzie nie było z czym wystąpić. Tekst pisaliśmy na kolanie w drodze do Kętrzyna, ale ostatecznie nie odważyłem się śpiewać po „norwesku”. Sam kawałek był przecież niedopracowany. Nie ma nic gorszego niż wysypać się we własnym kawałku, dlatego, że go nie umiemy. Na szczęście na próbach graliśmy jeszcze kawałek naszych kumpli z zespołu Amen, którzy zaistnieli w Olsztynie w 1989 roku. Szkoda tylko, że na dość krótko (później Unborn). Ale dzięki temu, były gitarzysta Amen — Bogdan Gawroński, notabene kolega z ulicy, udzielił nam błogosławieństwa i wciągnęliśmy ich utwór do występu w Kętrzynie. Mieliśmy zatem dwa kawałki, z czego jeden w zasadzie nie swój, a do tego łącznie nie trwały one zbyt długo. Na szczęście już wtedy byliśmy cover bandem. 😉 Stwierdziliśmy, że skoro Amen, to bardzo króciutki kawałek, zakończymy go wypuszczeniem gitar na „E” i połączymy go z początkiem coveru, który mieliśmy opracowany. Zadziałało. „Spill the blood” Slayera rozbujał publikę tak, że jury postanowiło wlepić nam jedną z nagród. Słaby początek? 😉 

 

  1. Minęły trzy lata od waszego powstania, kiedy zdecydowaliście się nagrać „Moriar”. Powiedziałbym, że to był dobry pomysł, ponieważ to demo jest bardzo dobrze skomponowane i brzmi po prostu znakomicie. Jak często się wtedy spotykaliście i robiliście próby?

 

Hmmm… Chyba pierwszy raz słyszę, że „Moriar” brzmi znakomicie?! W sumie można uznać, że rocznikowo trzy lata, ale w rzeczywistości minęły dokładnie dwa. Z tego, co pamiętam, to nagrania trwały dwa dni: 13 i 14 stycznia 92 roku, a 18 i 31 stycznia robiliśmy mixy. To mało jak na nagrywanie przez w sumie niedoświadczonych chłopaków. Dziś wiem, że można było i w zasadzie należało się lepiej przygotować, ale nikt z nas wtedy nie sądził, że ten materiał rok później, znajdzie się na półce sklepowej z napisem Carnage Records. Nagraliśmy to bardziej dla siebie i jedyny plan, jaki z tym materiałem wiązaliśmy, to było puszczenie go w lokalny obieg, ewentualnie do jakiś zine’ów, czy na jakieś festiwalowe kwalifikacje. Projekt naszej czarno-białej wkładki do kasety dostałeś. A co do kompozycji, to robiliśmy, co mogliśmy. Chyba wtedy dopiero, zaczęliśmy rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Prób mieliśmy dużo. W zasadzie, kiedy tylko to było możliwe. Naprawdę zależało nam na opanowaniu technik gry na instrumentach na najwyższym poziomie. Oczywiście w granicach własnych możliwości. Ale ogólnie rzecz ujmując, instrumenty nam nie przeszkadzały w grze. 😉 

 

 

  1. Późne lata 80. nie były łatwym okresem dla młodych, zbuntowanych ludzi, maniakalnie zaangażowanych w agresywny metal. Jak to było wtedy dla Was? Czy mieliście jakieś problemy lub sprawy, z którymi musieliście się zmierzyć? Na przykład, wiesz, ciężko było znaleźć przyzwoite miejsce na próby, czy coś w tym stylu?

 

Prawda. Miejsce na próby, sprzęt i często nawet brak środków na ten sprzęt. A realia były takie, że nawet, jak już się jakieś pieniądze uzbierało, to nie było gdzie kupić. Ja swoją pierwszą basówkę przywiozłem od „Ruskich”. Nazywało się „to” chyba Bass B-01, czy jakoś tak. I tak samo grało. Czyli nie grało. Musiałem wywalić z niej całe wnętrzności, a uwierz mi, trochę tego było. Potem Zbyszek z Merlin Pickups dokonał cudu i zaczęło „to” jakoś gadać. Pamiętam tylko, że to „coś” na kształt gitary miało zajebisty czarny lakier. Z kolei „Kwaho” do gryfu od jakiejś gitary dorobił resztę i nawet wydawało to dość ładne dźwięki. Była czarna. „Guma” miał problem. Perkusja tania nie jest. Ale powoli, tak jak się składa z podzespołów dzisiejsze komputery, „Guma” dzielnie składał swój zestaw perkusyjny, zatrudniając do współpracy przeszczepy z Polmuza, Amati i Szpaderskiego. Nie była czarna. Najlepszą gitarę, jak na tamte czasy i nasze skromne możliwości miał „Tejszer”. O ile pamiętam, on legitymował się posiadaniem szwedzkiego Hagstroma. Jak dla nas brzmiała zajebiście. No, ale za krótko i gitara nie lubiła metalu. Opuściła nas. Nie była czarna. Potem, z czasem, było lepiej ze sprzętem. Z salą prób, jakoś nam się układało. Najpierw graliśmy w szkole, w której uczył się „Guma”, a ja byłem instruktorem, a potem na ulicy Żołnierskiej, pod salą gimnastyczną, wyrwaliśmy kawał pomieszczenia należącego do Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Olsztynie, do której potem ja, „Kwaho” i „Guma” uczęszczaliśmy, a w której to uczelni wcześniej pobierał również nauki Piotr „Peter” Wiwczarek. No, ale jemu się nie udało (joke  :-D). Do tej sali mieliśmy nieograniczony dostęp. Byliśmy panami sami dla siebie. To były fajne czasy. Potem z naszej uprzejmości korzystały również inne zespoły, że wymienię tu choćby Hunter. 

 

 

  1. Opowiedz nam trochę więcej o sesji nagraniowej „Moriar”? Jak układała się współpraca z producentem (Ryszardem Szmitem)?

 

Ryszard to zawodowiec. Bardzo dobry inżynier i realizator dźwięku. Również muzyk. A przede wszystkim przemiły gość. Dał się nam wtedy poznać, jako człowiek o stoickim usposobieniu. Miał już wtedy, ale też później wiele sukcesów zawodowych na swoim koncie. Jednak z tak ciężką muzyką chyba wcześniej nie obcował? Jeśli mnie pamięć nie zawodzi, to na tym gruncie muzycznym i my, i on stawialiśmy w Pro-Studio pierwsze kroki. Niejako przecieraliśmy szlaki. My, jako żółtodzioby, jeśli chodzi o pracę w studio, a on musiał się zmierzyć z nami i nowym gatunkiem muzyki. Z perspektywy czasu można niewątpliwie stwierdzić, że mogłoby to być lepiej zrealizowane. Ale jeśli coś było do poprawy, to głównie ze względu na nasze przygotowanie. I choć ze swojej strony, starałem się wszystko przemyśleć, by jak najmniej czasu zajęło nam nagrywanie, a więcej „zabezpieczyć” na mastering, to życie jednak zweryfikowało nasze plany, pomijając już nawet nasz brak wiedzy w temacie nagrywania. Frycowe trzeba było zapłacić. Mieliśmy też problem ze sprzętem. Rysiek jednak zrobił wszystko, aby wyciągnąć z tego, co się da. Ostatecznie byliśmy zadowoleni i szczęśliwi. Mało, która z tak młodych kapel mogła sobie pozwolić na rejestrację własnego materiału w profesjonalnym studio nagraniowym, do tego z realizatorem, nie mając ani profesjonalnego sprzętu, ani grosza przy duszy. 

 

  1. „Moriar” został nagrany w Pro-studio w Olsztynie w 1992 roku. Ile czasu spędziliście tam, aby ukończyć to demo?

 

Zgadza się. Rejestracji dokonaliśmy w Pro-Studio Polskiego Radia w Olsztynie. Już nie pamiętam, czy to wtedy olsztyńskie radio zasponsorowało nam sesję, czy to było przy okazji „Release Spell”? Tak czy inaczej, na „Moriar” mieliśmy 4 dni. Tylko tyle, aby każdy indywidualnie nagrał swój instrument, a na koniec wokal i mix całości. 

 

 

  1. Zanim Carnage Records wydało reedycję Waszego demo „Moriar”, wydaliście je sami, na kserokopii i w nieoficjalnej jakości. Jak ówczesne podziemie zareagowało na to demo? Ile kopii sprzedaliście, zanim Mariusz skontaktował się z Waszym zespołem?

 

Taki był plan. Ale przyznam szczerze, że nie kojarzę, abyśmy zajęli się na poważnie dystrybucją materiału. Powstała czarno-biała wkładka, sam widziałeś. Poza tym, taka była moda i Olsztyn słynął z dobrego ksero. Nie jestem w stanie sobie też przypomnieć, kiedy dokładnie zaczęliśmy jakiekolwiek rozmowy z Mariuszem Kmiołkiem w temacie wydania tego materiału pod jego szyldem. Cóż, wybacz, trochę czasu minęło. Na pewno musieliśmy już o tym rozmawiać w Jarocinie, czyli w sierpniu 1992 roku. Z kolei materiał nagraliśmy w styczniu ‘92 i wyłączając z tych ośmiu miesięcy przerwy spowodowane roszadą personalną w zespole i opracowywaniem materiału z nowym wioślarzem, mogło nie być czasu, abyśmy sami się zajęli szeroką dystrybucją. Szczerze? Nie pamiętam. Może do paru zine’ów coś poszło, wśród przyjaciół? Zapytam zatem Ciebie. Widziałeś kiedyś, gdzieś, u kogoś tą czarno-białą wkładkę „Moriar”? Dopiero chyba wydawnictwo Carnage i kilka słów w Thrash’em All lekko zaprocentowało. Niewątpliwie nasz udział w Jarocinie sprawił też, że kilka rozgłośni radiowych w kraju chciało nas zaprezentować i gościliśmy wtedy m.in. w Radio Overground oraz w ogólnopolskim programie radiowej Trójki pt. „Brum”. 

 

 

  1. Jak zachodni fani zareagowali na Waszą muzykę?

 

Wydawałoby się, że wszystko jest na dobrej drodze, bo Incest wydał materiał, graliśmy coraz więcej koncertów w Polsce i wszystko nabierało rozpędu. Byliśmy wtedy naprawdę „ograni” i na fali wznoszącej. Do tego mnóstwo listów od fanów, sporo zainteresowania ze strony krajowych i zagranicznych fanzine’ów, a tu jeb… nowa wiadomość. Zaledwie minął rok od momentu, kiedy „Jaro” zastąpił „Kwaha”, a na wiosnę ‘93 roku odejście z zespołu oznajmił „Slave”. Były próby zastąpienia go lokalnymi gitarzystami, ale nie udało się znaleźć kogoś, kto miał wystarczające umiejętności i profesjonalne podejście. Powiem szczerze, że to był pierwszy raz, kiedy trochę zwątpiłem i pomyślałem, czy nie warto zweryfikować swoje plany życiowe. Byłem jeszcze studentem, nie miałem rodziny na głowie, czy też obowiązków zawodowych. Do tego w sumie wszyscy mieliśmy mnóstwo czasu, ale i tak nastąpiła pewnego rodzaju przerwa w działalności Incest. Pisali do mnie redaktorzy z różnych wydawnictw. Przychodziły dalej listy z pytaniami o kapelę oraz wywiadami. Ja… milczałem, za co nie raz, nie dwa dostało mi się sporo fucków. To był ciężki dla mnie okres. Wtedy też, przez jakiś czas współpracowałem z chłopakami z Christ Agony. Nabrałem trochę dystansu do Incest i kolegów z zespołu, ale mimo wszystko potrzebowałem przerwy, by odetchnąć od piekielnych dźwięków. Dopiero latem 1994 na nowo podjęliśmy próbę kontynuowania pracy w Incest, już z nowym gitarzystą Szymonem Czechem, który udzielał się w olsztyńskim Prophecy. Reszta w niezmienionym składzie, czyli Marek „Guma” Matyjewicz na bębnach, Jarosław „Jaro” Fernc na gitarze i Wojtek „Wosiek” Ulatowski na basie i wokalu. 

 

  1. Trzy lata po ukazaniu się „Moriar”, nagraliście kolejne demo – „Release Spell”. Na tym materiale znalazły się tylko dwa utwory. Czy możesz powiedzieć coś więcej na temat tego demo i samej sesji nagraniowej?

 

Niestety nie mieliśmy tyle czasu, aby przygotować pełnowymiarowy materiał, przegrać go i w pełni przygotowanym wejść do studia. Skład był zbyt świeży. A okazja nagrania w Pro-Studio, która nadarzyła się wiosną ‘95 roku, wymusiła na nas pewne decyzje. Jako że nie wzbogaciliśmy się na „Moriar” i koncertach (;-)), nie mogliśmy sobie pozwolić na wykup miesiąca w studio. Czasu było bardzo mało, ze względu też na brak wolnych terminów w Pro-Studio, które w tamtym czasie było bardzo oblegane. Mogliśmy znów przelecieć kilka kawałków, które w efekcie końcowym będą jakościowo przypominały „Moriar”, albo poświęcić więcej czasu na przykład na dwa utwory, zrobić to lepiej i potraktować je, jako promo tape. Wybraliśmy opcję nr 2. Nie zdecydowaliśmy się na „100-tkę”, choć i taki wariant był brany pod uwagę. Instrumenty nagraliśmy oddzielnie, z tym że dwie gitary nagrywał tylko „Jaro”. Potem zrobiłem wokale. Mastering i już. Szybka realizacja nagrań i mastering ponownie z Rysiem Szmitem. Zapewne znów można się do czegoś przyczepić, ale z tych dwóch kawałków jestem w sumie zadowolony do dziś. Może komuś się to też spodoba już w nowej oprawie 🙂 

 

 

  1. Niedługo po nagraniu „Release Spell”, INCEST się rozpadł. Co dokładnie się stało? Czy zabrakło Ci energii, żeby kontynuować działalność zespołu? Człowieku, te dwa dema wciąż mają spory potencjał — to jest totalnie miażdżący materiał, w porządku. Ale coś poszło nie tak i „Release Spell” było pożegnalnym demo… proszę, rozwiń trochę ten temat, jeśli nie masz nic przeciwko.

 

Przyszły czasy stagnacji. „Dark age” jakby to Peter zaśpiewał. Nie wiem, o co chodziło, ale było mało koncertów. W samym Olsztynie też się nic się nie działo. Aby gdzieś zagrać, trzeba się było przepychać łokciami. Miałem wrażenie, jakby zmienił się trochę rynek muzyki metalowej. Chyba nadchodziły „nowe” czasy, takie miałem wtedy odczucia. I choć dalej pracowaliśmy nad kolejnymi kawałkami („I’m sick”, „Raze to the ground”, „Skin from Christ’s face”, „Demise”), aby uzupełnić materiał na pełnowymiarowy krążek, to było we mnie coraz mniej zapału i chęci. Takie trochę przykre i przerażające porównanie, ale czułem się jak koleś, który chciał strzelić samobója, już raz próbował, nie wyszło, ale w głowie dalej mu to siedziało. Do tego udzielaliśmy się w różnych projektach muzycznych, co powodowało, że nie było już takiego entuzjazmu. Bardzo długo myślałem nad tym, ale pewnego dnia przyszedłem na próbę, bez gitary i powiedziałem, że Incest nie istnieje. Nie było protestów. Nikt nie przekonywał i nie przeszkodził. Samobój wreszcie się udał. 

 

 

  1. Z perspektywy czasu, czy nie byłoby złym pomysłem reaktywować INCEST i pokazać wszystkim starym maniakom undergroundu jak powinno się grać oldschool death metal i jak kiedyś się grało?

 

Ciekawe. Nawet jeszcze jakiś czas temu o tym myślałem. Zmieniła się sytuacja. Fundusze by się pewnie znalazły, nawet z miejscem do grania nie byłoby problemu. Kwestia chęci. Niestety nie wiem, w jakim składzie można byłoby to zrealizować. Nie wszyscy, są już dostępni, a inni znaleźli kawałek przyjaznego lądu daleko stąd. Nie wiem, czy współpraca między nami byłaby jeszcze w ogóle możliwa? Ale jakby bardzo chcieć wrócić do oryginalnego zestawu, to skład z Jarocina cały czas stąpa jeszcze (mam nadzieję), po tym padole ziemskim. Generalnie misja z gatunku bardzo trudnych i jako zadanie dla dobrego agenta, ale podążając za pewnym tytułem filmu rzekłbym: „Neversay, neveragain”. 

 

  1. Czym obecnie zajmują się byli muzycy INCEST? Czy nadal jesteście w jakiś sposób zaangażowani w muzykę?

 

Nie utrzymujemy między sobą bliskich kontaktów, żeby w pewnych relacjach nie powiedzieć nawet, że żadnych. Ale w dobie Internetu i serwisów społecznościowych trafia się chcąc nie chcąc, od czasu do czasu, jakieś info o innych ludziach. Staram się jednak nie śledzić i sam nie używam zbyt często tych kanałów komunikacji. Nie lubię i trochę ze względu na to, czym zajmuję się zawodowo. 

 

 

  1. 30-lecie Moriar będzie w przyszłym roku i myślę, że to dobry powód do ponownego wydania tego materiału. Jestem dumny i szczęśliwy, że Thrashing Madness jest za to odpowiedzialny. Wojtek, dziękuję Ci bardzo za ten retrospektywny wywiad. Przekaż pozdrowienia wszystkim, którym się podoba, coś do dodania dla naszych starych fanów INCEST?

 

Leszku. Dziękuję Ci bardzo. Widziałem już pierwsze efekty Twojej pracy. Nie widziałem co prawda jeszcze ostatecznego produktu, ale w swoich rękach miałem inne Wasze wydawnictwa. Podziwiam Cię za niezwykłe zaangażowanie w misję „ocalić od zapomnienia” i niecierpliwie czekam na wyzwolenie czaru. 😉 Nawet po 30 latach, ale każdy z muzyków Incest powiedziałby, że spełniło się nasze marzenie. Ja jestem szczęśliwy i … dumny, tak jak i Ty jesteś. 

Pozdrawiam z tego miejsca chłopaków, a raczej dojrzałych już Panów z zespołu Incest. Ciekawe. Jesteście w stanie policzyć swoje włosy na głowie? Czy nie? I podpowiadam, nie chodzi mi tu o łysinę. 😉 Mam nadzieję, że wydawnictwo Wam się spodoba. To również dla Was. Zasłużyliśmy na to. 

Pozdrawiam wszystkich, którzy wtedy, potem i jeszcze przez jakiś czas byli blisko zespołu lub mieli jakiekolwiek odczucia i refleksje związane z zespołem Incest. No i z muzykami, którzy w nim grali. 

Oddaję też hołd wszystkich żyjącym muzykom „Metalowej Hordy” i cześć tym, których stopy już nie odciskają śladów na tej ziemi, a z którymi skrzyżowały się w przeszłości nasze drogi. 

Dziękuję Wam. 

 

 

Necronosferatus 

 

 

 

 

Wznowienie Motörhead

Motörhead to wiecznie żywy zespół i legenda Lemmyego ciągle rośnie. Spuścizna tego zespołu jest wielka i trudna do przecenienia. Ilość ważnych w ich dyskografii albumów

Read More »

Wywiad z UNBORN

Olsztyński Unborn w którymś momencie zaczął popadać w zapomnienie, jednocześnie tu i ówdzie spontanicznie gdzieś wypływając w jakimś zinie czy we wzmiance. Często dotyczyło to

Read More »

Wywiad z INCEST

  Już niebawem „Moriar” stuknie 30-lecie, materiał w końcu doczeka się wydania na CD i LP.  Uznałem te dwa fakty za wystarczający powód, by przepytać

Read More »