Przejdź do głównej treści

OLDSCHOOL METAL MANIAC

KEEP IT TRUE XXVI, 2026 

Trudno uwierzyć kolejna edycja KEEP IT TRUE już za nami, to było istne szaleństwo, którego do niczego nie da się porównać. Niestety nie udało nam się pojawić na Warm Up, a szkoda, bo grały tam m.in. MORBID i CRUEL FORCE. Niestety zawsze jest problem z tym zerowym dniem, raz, że bilety znikają błyskawicznie, a dwa nie miałbym jak tam na ten dzień dojechać, skoro moja ekipa wybiera się dopiero na dzień następny. Tak czy inaczej, nie mogę narzekać, bo te dwa dni były niezwykle intensywne. 

Na miejsce dojechaliśmy wieczorem, zdążyliśmy zakwaterować się, wypakować bety, chwilę pogadać i położyliśmy się spać – w końcu przed nami dwa szalone dni. 

 

 

Dzień I 

Na miejscu pojawiliśmy się chwilę przed 12:00. Niestety czekało tam na mnie zbyt wiele pokus, by tak po prostu od razu trafić pod scenę – metalowa giełda płyt, to coś, czemu nie mogliśmy się oprzeć. Przeglądając te wszystkie stoiska, zapomniałem o upływającym czasie. Dopiero wyrwał mnie z tego opętańczego letargu DRAGON, który koniecznie chciałem zobaczyć. Panowie na koncercie zaprezentowali się zacnie, choć szwankowało nagłośnienie. Przez dwa pierwsze utwory nie było słychać wokalu, ponadto wszystko było znacznie za głośno, przez co muzyka straciła na selektywności. W okolicy coveru KAT „Morderca” nieco się to poprawiło, a może po prostu fakt, że oddaliłem się znacznie od sceny, pomógł wyłowić więcej. Bardzo miłym akcentem na koncercie DRAGON był gość specjalny Peter Wiwczarek (VADER). Panowie wspólnie wykonali kolejny cover KAT – Wyrocznię. Na koniec DRAGON zagrał Armageddon. Sam występ mimo problemów z nagłośnieniem przyjęty był przez publiczność bardzo dobrze. Liczna polska ekipa dopingowała zespół z całych sił. Zresztą z tego, co widziałem, nie tylko ekipa z Polski dobrze bawiła się na koncercie Smoka. 

Niegdyś KAT został zaproszony na ten festiwal, jednak Roman wtedy odmówił. Po latach na tej scenie popłynęły dwa utwory KAT w wykonaniu DRAGON. To taki symboliczny hołd dla pamięci Romana – było to niezwykle wzruszające. Mam nadzieję, że występ DRAGON na KIT będący sporą nobilitacją otworzy temu zespołowi drogę na zachodnie sceny, czego życzę im z całego serca. Nie licząc występu DRAGON na Black Silesia Fest ostatni raz widziałem ten band we Wrocławiu w 1991 r. podczas wspólnego koncertu z MORBID ANGEL, SADUS i UNLEASHED, a więc całe wieki temu. Cieszę się, że ten band jest w znakomitej formie. 

Kolejnym koncertem po występie DRAGON był występ hiszpańskiego MURO ze zjawiskową wokalistką Rosą Pérez Macho. MURO to prawdziwi weterani, ich początki sięgają roku 1981, a ich muzyka oscyluje między heavy a speed metalem. Ich koncert cieszył się całkiem niezłym przyjęciem, stopniowo podgrzewając atmosferę szalejącego tłumu. 

Następnym zespołem tego dnia był amerykański AMULANCE, który wykonuje power speed metal. To również klasyka gatunku, ich początki sięgają roku 1984, a więc mamy tu do czynienia z prawdziwymi weteranami metalowej sceny. Dodatkowo w tym roku Stormspell Records wydało ich nowy album Return to Deutschland, a więc był to doskonały pretekst, by przypomnieć sobie ten band. 

Jak tu się nie cieszyć skoro KEEP IT TRUE przygotowało tyle atrakcji. Kolejnym zespołem, który zagrał tego dnia, był amerykański RUFFIANSktóry przygotował znakomity set. Poleciały m.in. takie tuzy jak Wasteland, Do or Die, I Believe czy Bad Boys Cut Loose. W sumie tego dnia RUFFIANS zagrał dziesięć znakomitych heavymetalowych hymnów, sprawiając, że z każdym kolejnym utworem ten dzień stawał się wyjątkowym, a przecież czekało na nas jeszcze tyle niesamowitych atrakcji. 

Jako kolejny band wkroczył na scenę węgierski TORMENTOR. Wiedziałem, czego mogę się spodziewać po tym występie, bo wielokrotnie widziałem ten band na scenie i zawsze wypadali naprawdę dobrze. Pojawił się niezbyt często grany Tormentor I, ponadto takie tuzy jak Beyond, In Gate of Hell czy Tormentor II. Festiwalowe wymogi niestety musiały dość boleśnie skrócić set do 10 utworów, ale na szczęście nie zabrakło tym razem Elisabeth Bathory, i choć koncert TORMENTOR nie był długi, pozostawił po sobie dobre wrażenie. Jak się potem okazało, nie był to jedyny dzisiejszego dnia zespół węgierski. 

Po TORMENTOR pojawił się na scenie TOTÁLIS METÁL będący trybutem dla POKOLGÉP. W składzie tego tribute pojawił się gitarzysta Gábor Kukovecz. Tego dnia popłynęło 12 numerów z repertuaru POKOLGÉP, było to dla mnie pewnego rodzaju novum, choć kojarzyłem nazwę. Nigdy jakoś nie zgłębiłem się w twórczość tego zespołu. Na koncercie nie spodziewałem się takiego szaleństwa pod sceną – cały tłum śpiewał wraz z zespołem. Powiem szczerze, nie zdawałem sobie sprawy, że POKOLGÉP jest tak popularną kapelą i wygląda na to, że mam sporo do nadrobienia w kwestii ich twórczości. 

Poraził mnie solowy występ Gabriela „Nightcomer” Grilliego, który tego wieczoru przygotował mini Acoustic TRIBUTE TO ROSS THE BOSS, wykonując akustycznie dwa covery MANOWAR: Secret of Steel i Gates of Valhalla, to było coś niesamowitego! Nie dość, że koleś ma doskonały głos, to jeszcze te utwory w wersji akustycznej zrobiły powalające wrażenie!! 

Nie ukrywam, że bardzo byłem ciekawy koncertu zespołu, który słynął zawsze z niezwykłych wokali Warrela Dane. Trochę się obawiałem czy nowy frontman SANCTUARY jest w stanie choćby trochę zbliżyć się do dokonań Warrela. Jakże byłem mile zaskoczony, kiedy rozbrzmiał pierwszy numer na tym koncercie: Die for My Sins. Joseph Michael nie dość, że ma identyczną barwę głosu, to jeszcze identyczną skalę. Bez żadnego trudu odśpiewał wszystkie przygotowane na ten wieczór numery, a Panowie przygotowali naprawdę srogi set. W całości poleciał Into The Mirror Black, a jeszcze tego wieczoru mogliśmy się rozkoszować takimi ciosami jak Battle Angels, czy coverem Jefferson Airplane White Rabbit. Oczywiście to nie wszystko, co przygotowało SANCTUARY w tym secie. Dostaliśmy jeszcze np. premierowy numer z nowego singla Not of the Living plus Arise and Purify. Rzecz jasna nie mogło zabraknąć również Veil of Disguise, którym zespół zakończył swój niezwykle udany koncert. Jak się potem okazało, był to jeden z najjaśniejszych występów tegorocznej edycji KEEP IT TRUE. 

Tego wieczoru jednak koncert SANCTUARY nie był ostatnią atrakcją. Oto za chwilkę na deskach sceny mieli się pojawić dwaj bohaterowie: Mantas i Abaddon, jako VENOM + goście specjalni. Tego wieczoru można było usłyszeć dwadzieścia hymnów VENOM w niezwykłych wersjach. Po trzech ciosach w postaci: Witching Hour, Die Hard, Live Like an Angel (Die Like a Devil) pojawił się pierwszy gość – Tom Gabriel Warrior. Było widać wzruszenie i radość, Tom zawsze podkreślał, jak wielkie znaczenie miała dla niego twórczość Brytyjczyków i oto stało się: mógł przez chwilę dzielić deski sceny ze swoimi idolami, wykonując wspólnie z nimi Welcome To Hell. Jako ciekawostkę dodam, że na basie podczas wykonywania tego utworu pojawiła się tajemnicza Azjatka. Usłyszenie Welcome To Hell w tym wykonaniu było wzruszające. Atmosfera stopniowo gęstniała, rozbrzmiał kolejny numer: Schizo, po nim Poison i w końcu kolejny kawałek z gościem specjalnym – Petrem Wiwczarkiem z VADER, który znakomicie wykonał z VENOM Genocide. Kolejne numery  przeplatające występy poszczególnych gości, to: sztandarowy The Seven Gates of Hell, Buried Alive, Don’t Burn the Witch. W końcu pojawili się kolejni goście – ekipa z SODOM, czyli Tom Angelripper oraz Andy Brings. Panowie wspólnie wykonali dwa numery VENOM Angel Dust oraz One Thousand Days in Sodom, po czym na scenie pojawiła się kolejna teutońska legenda Schmier z nieświętego DESTRUCTION! Tego wieczoru zaśpiewał Black Metal. Po takiej dawce klasycznego metalu trudno było złapać dech, a tu przed nami koleje czarcie hity w postaci: Warhead, następnie The Chanting of the Priests – setlista marzenie! Do tego ci goście specjalni, coś niesamowitego! À propos gości, oto na scenie pojawiła się kolejna legenda – Dan Lilker z NUCLEAR ASSAULT. Tak, nawiasem mówiąc, marzę, że kiedyś NUCLEAR ASSAULT reaktywuje się po to, by zagrać na KEEP IT TRUE. Do tej pory widziałem ich tylko raz i był to niezwykły występ. Dan tym razem zagrał z VENOM Sons of Satan – to była prawdziwa przyjemność usłyszeć ten numer w takim wykonaniu. Kolejny gość tego wieczoru to Attila Csihar z nieświętego TORMENTOR/ MAYHEM. Na tapecie pojawił się Bloodlust i wszystko byłoby ok, gdyby nie dewastacja, jaką uskutecznił Attila podczas wykonywania tego utworu: kopanie sprzętu, rozwalanie mikrofonów, czy w końcu rzucenie w publiczność statywu z mikrofonem. Ktoś powie, black metal to nie rurki z kremem, ale przez ten incydent zostało ranionych dwóch meksykańskich fanów i mogło to przysporzyć sporo problemów organizatorom. Czasem warto poskromić swoje wewnętrzne demony, niestety Attila ma z tym czasem problemy. Zaszczyt wykonania z VENOM Countess Bathory przypadł Marcie Gabriel kryjącej się pod pseudonimem Diva Satanica i powiem Wam, że ten numer wypadł znakomicie. Na koniec popłynął In League With Satan, podczas którego na scenie pojawili się wszyscy goście wraz z muzykami VENOM. To było wspaniałe podsumowanie tego dnia festiwalu. 

Jestem pełen podziwu dla Mantasa za jego determinację i oddanie, mimo tak poważnego stanu zdrowia (chwilę wcześniej trafił do szpitala z drugim zawałem serca) postanowił zagrać koncert. nie dość, że przygotowali na tą okazję 20-numerowy set, to jeszcze wypadło to fenomenalnie, to była czysta Magia!! Życzę Mantasowi szybkiego powrotu do zdrowia oraz dużo pozytywnej energii. 

 

Dzień II 

Zanim dotarłem na koncert VIOLET, musiałem przeglądnąć kilka stoisk z płytami, dlatego zobaczyłem kilka ostatnich utworów tego zespołu. Na szczęście nie była to muza bliska memu sercu. 

Poraził mnie natomiast występ brazylijskiego CREATURES – ależ to emanowało energią,  zajebisty koncert!! Panowie szaleli na scenie jak opętani, ciskając iskrzące solówki. Przyznam się – nie znałem wcześniej tego zespołu i to, co zobaczyłem, zrobiło na mnie wrażenie. Ta kapela na koncertach to istne szaleństwo, tak powinny wyglądać heavymetalowe występy. Było w tym tyle radości, wszystko buzowało niespożytą młodzieńczą energią, a dziewięć zaprezentowanych utworów słuchałem z wypiekami na twarzy, ależ mnie to porwało – coś niesamowitego. 

Kolejny band to PANZER. To nie ten band, w którym udziela się Schmier – tego dnia miał wystąpić na scenie PANZER z Hiszpanii, który swoją działalność rozpoczął w roku 1981! Kolejny zespół, który mogłem poznać dzięki organizatorom KEEP IT TRUE i powiem Wam, że słuchało się tego całkiem przyjemnie. 

Następny legendarny band przewidziany na dzisiaj, to weterani NWOBHM – ELIXIR, który było mi już raz dane oglądać. Oba występy wspominam bardzo mile, panowie pokazali się z jak najlepszej strony, grając tego wieczoru w całości The Son of Odin plus jeden kawałek z singla z 1985 roku, tytułowy Treachery (Ride Like the Wind). To był naprawdę fajny koncert. 

EARTSHAKER to kolejny band, który wcześniej umykał mojej uwadze i ten koncert był moim pierwszym kontaktem z tym japońskim zespołem. Wiem, że mają całą masę wydawnictw i jeszcze więcej oddanych fanów (pozdrowienia dla Darka). Kolejne dzięki dla organizatorów KEEP IT TRUE, że mogłem poznać i zobaczyć taki band, to był naprawdę doskonały występ. 

Następnie czekał nas MORTAL SIN świętujący 40. rocznicę premiery Mayhemic Destruction. Wow!, ależ to był gig!! Choć sam band znam dobrze, nigdy wcześniej nie było mi dane zobaczyć ich na żywo, a to, co zobaczyłem, nie zawiodło moich oczekiwań. To był naprawdę niezwykle energetyczny koncert, ale jak mogło być inaczej, skoro panowie w całości zagrali Mayhemic Destruction, dowalając na koniec dwa tytaniczne numery Voyage of the Disturbed i I Am Immortal. Ten koncert pozostawił spory niedosyt, chciałoby się więcej i więcej. Tak czy inaczej, był to doskonały występ, dzięki raz jeszcze KEEP IT TRUE!!!!!!!!!!!!!! 

Kolejny band, który dzięki temu festiwalowi było mi dane oglądać na żywo to legendarny zgniatacz kości TROUBLE. Jako pierwsze poleciały numery z debiutu: The Tempter i Assassin. Wypadło to cholernie dostojnie, słuchając tych numerów miałem ciary na plecach, ale co zrobił ze mną Pray for the Dead? Oh fuck!, już dawno nie czułem tego rodzaju emocji.  To samo miałem przy tytułowym The Skull z drugiego longa. Setlista marzenie, leci kolejny numer z „dwójki”, a po nim znowu powrót do debiutu z Revelation (Life or Death), ależ to niszczący set, po prostu zagłada. Śpiewany przez gitarzystę Bruce Franklina Requiem to swoisty hołd dla zmarłego w roku 2021 lidera TROUBLE – Erica Wagnera. Strasznie przejmujący, niezwykle smutny numer; nic dziwnego, że popłynęły łzy wzruszenia. Na dobicie popłynął na koniec Psalm 9 / All Is Forgiven, to było coś magicznego!!!!!!!!!!!!!! 

Koncert MAGNUM strasznie mnie zmęczył, to jednak zbyt przesłodzona muzyka. Dzięki temu miałem chwilę, by coś zjeść, wcześniej nie było na to czasu i odczuwałem już zmęczenie, a przecież miał jeszcze zagrać band, który chciałem kolejny raz zobaczyć… 

Chodzi oczywiście o TRIUMPH OF DEATH. Jak się potem okazało, tym razem Mistrz ceremonii Tom Gabriel Warrior przygotował coś specjalnego. Zwykle ten band wykonuje setlistę wyłącznie składająca się z utworów HELLHAMMER. Tym razem jednak obok takich klasycznych kawałków jak The Third of the Storms (Evoked Damnation), Massacra, Maniac czy Reaper można było usłyszeć kilka szlagierów CELTIC FROST, m.in. Into the Crypts of Rays, Procreation (Of the Wicked) czy Circle of the Tyrant. Oczywiście to nie jedyne utwory zagrane podczas tego koncertu. W sumie TRIUMPH OF DEATH przygotował 17-utworowy set, zamykając całość nieśmiertelnym Triumph of Death, który tym razem został zagrany w nieco dłuższej wersji. To była wisienka na przysłowiowym torcie, kocham ten apokaliptyczny klimat. 

Chwilę po wybrzmieniu ostatnich dźwięków zrobiło mi się smutno, gdy uświadomiłem sobie, że oto zakończyła się kolejna edycja KEEP IT TRUE. Cóż zrobić, jak mówią wszystko, co dobre kiedyś musi się skończyć. Na szczęście w sierpniu czeka nas kolejne muzyczne wyzwanie KEEP IT TRUE z SAVATAGE i SAXON w roli głównej. To, co – widzimy się niebawem? 

 

NecronosferatuS