Kolejna edycja Black Silesia Open Air za nami. Było jak zwykle wiele emocji, choć tym razem aura nam nie dopisała. Może niebiosa zapłakały, bo oto na polskiej ziemi mieli zagrać po raz pierwszy brazylijscy bluźniercy z SARCÓFAGO? Ale nie uprzedzajmy faktów…

DZIEŃ PIERWSZY:

Honor otwarcia pierwszego dnia festiwalu przypadł teutońskiej heavy metalowej formacji SINTAGE, która w tamtym roku wydała swój fenomenalny drugi album Unbound Triumph. Koncertowo to było totalnie zniszczenie, wulkaniczna energia i totalne szaleństwo – doskonale sprawdziło się to jako otwarcie pierwszego dnia festiwalu.

Kolejny band tego dnia to występ warszawskiego TORPOR, który łączy w swojej muzyce elementy black i heavy metalu, i choć trudno było zestawiać ten gig z SINTAGE, to nie był to zły występ.

Natomiast w przypadku DIABOLIC NIGHT nie było żadnych wątpliwości. Ten band na koncercie potrafił dość mocno podkręcić atmosferę. No ale czego innego się podziewać, jak panowie zaczynają koncert zaraz po klimatycznym intro takimi ciosami jak Sovereigns of Doom, Evil Night czy Vicious Assault. Na koncercie nie zabrakło również polskiego akcentu w postaci coveru KAT – Metal and Hell. DIABOLIC NIGHT przygotował na ten koncert jedenaście numerów, kończąc całość totalnie RUNNING WILDowym Satan. Słuchając tego numeru, miałem wrażenie, że słucham zaginionego kawałka z czasów Gates to Purgatory – to był naprawdę zajebisty występ.

Na kolejny gig czekałem bardzo. Mowa o BAPHOMET’S BLOOD, który po dziewięciu latach niebytu powrócił z martwych, by zgrać kolejny raz na Black Silesia i powiem Wam, to była czysta przyjemność oglądać ten występ.

Co do koncertu SORTILÈGE miałem pewne obawy, ale bardzo szybko ten występ rozwiał mój niepokój i jak potem się okazało, Francuzi dali naprawdę doskonały koncert.

Cóż, nie ukrywam, że byłem pełen obaw co do koncertu, na który bardzo czekałem. Mowa o występie SARCÓFAGO. Nie przypuszczałem, że ten występ będzie tak słabym, to był zaledwie odległy cień tego, co kiedyś reprezentował ten zespół!!! Z czasem bezpowrotnie ulotnił się buntowniczy charakter muzyki Brazylijczyków, którzy w latach swojej świetności tworzyli prawdziwą Rebelię. Na pewno zabrakło Wagnera i DD Crazy’ego – to te dwie osoby rozpalały ogień, który mógł rozpętać piekło i to nie tylko na płaszczyźnie muzyki SARCÓFAGO, ale i postaw, które reprezentowali na co dzień.
Ten występ całkowicie odarł muzykę SARCOFAGO z kultu to było naprawdę słabe.
Obecnie w tym zespole jedyną osobą ze starego składu, jest Geraldo Minelli znany bardziej jako Incubus, umówmy się ten pan nigdy nie był charyzmatycznym frontmenem. Reszta zespołu to zwykli wyrobnicy, którzy wykonywali muzykę bez żadnych emocji. Było to bezduszne i strasznie przykre i choć fajnie było usłyszeć na żywo takie szlagiery jak The Laws of Scourge, Rotting, Sex, Drinks & Metal, Midnight Queen czy wygrzebane ze zgniłego grobowca The Black Vomit, Satanas, Nightmare czy I.N.R.I., to wybrzmiało to bez tej dawnej wściekłości. Nie pomogło nawet zaproszenie do gościnnego występu Armando Nuclear Leprous Soldiera, który wykonał na tym koncercie pięć ostatnich numerów i tu niestety było widać, że Armando od dawna za perkusją nie siedział, choć przynajmniej starał się jako jedyny wyglądem nawiązać do oldschoolowego charakteru SARCÓFAGO. Wielu oczekiwało, że tan band będzie wierny staremu wizerunkowi. Zabrakło corpse paintu, łańcuchów, ćwieków , gwoździ i przede wszystkim bezkompromisowego szaleństwa, którym emanował ten band na początku swojej działalności.

Może gdyby zostali zaproszeniu do składu byli muzycy SARCÓFAGO np. Manu Joker, Fábio Jhasko czy fenomenalny perkusista Luciano Oliveira, który położył partie perkusji na The Laws of Scourge, byłoby to dla mnie bardziej wiarygodne.
Niestety ten gig rozczarował mnie bardzo, przede wszystkim ten band nie powinien używać nazwy SARCÓFAGO, bo to bluźnierstwo. Obecny skład to co najwyżej tylko trybut band SARCÓFAGO.
Zniesmaczony występem Brazylijczyków, nie zostałem na ostatni band tego dnia, THORYBOS.
DZIEŃ DRUGI:

Drugi dzień rozpoczął się równie udanie co pierwszy. Tym razem na deski sceny wyszedł czeski MORGHUUL, który porozstawiał wszystkich po kątach. Takiej energii na scenie nie widziałem dawno: wokalista niczym opętany ciskał się po deskach, nie ustając nawet przez sekundę na miejscu. To był ogromny ładunek energii, czegoś takiego nie widziałem na scenie od dawna. Ten band porwał mnie swoją szczerością – to było istne szaleństwo!! Ci goście mają we krwi Diabła, tak zagrany black speed metal to dla mojej czarciej duszy prawdziwa uczta. Zaraz po koncercie polecałem kupić od nich winyla, a Łukasz, mój redakcyjny kolega dorwał Matěja, by zrobić z nim wywiad.

Deszczowa aura nikogo nie przestraszyła i chwilę po występie Czechów na scenę wyszedł przedstawiciel teutońskiej sceny MEGATHÉRION tworzony m.in. przez Aethona, który jest również sprawcą tworu o nazwie EURYNOMOS. Sam gig wypadł całkiem dobrze: ciężkie masywne brzmienie siało spustoszenie i choć odbywało się to w strugach intensywnego deszczu, nie przeszkadzało to fanom szaleć pod sceną.

Kolejnym zespołem tego dnia, który przykuł moją uwagę, był chilijski EJECUTOR, wykonujący czarcią muzę cuchnącą trupem i zgnilizną ze śpiewającym perkusistą. To był naprawdę plugawy występ: surowe i do bólu proste i bezkompromisowe granie.

W przypadku SORTILÈGE miałem na początku pewne obawy, natomiast co do gigu belgijskiego ACID wiedziałem, czego mogę się spodziewać. Powiem Wam – naprawdę to była czysta przyjemność słuchać tego zespołu na żywo. Kate de Lombaert jak zwykle pełna witalności i energii, od razu oczarowała wszystkich pod sceną. To był naprawdę bardzo udany występ. Ta muza na żywo ciągle jest świeża, ma w sobie tak ogromny ładunek energii; coś fantastycznego! Cieszę się, że było mi dane zobaczyć ten koncert na Black Silesia.

Bardzo konkretny koncert tego dnia dał kolejny przedstawiciel belgijskiej sceny, a mianowicie POSSESSION. Tu wiedziałem, czego mogę się spodziewać, bo widziałem ich koncert kilka lat temu na Brutal Assault, ale to, co odjebało się na tym gigu to masakra: tłum tłum szalejący pod sceną w strugach ulewy i górujący nad wszystkim V. Viriakh rozsiewający plugastwo i zarazę. Było to prawdziwie bluźniercze granie, kult śmierci i boga zła. Trochę szkoda, że POSSESSION grało jeszcze w biały dzień. Tak czy inaczej, było to niezwykle porywające i jedyne w swoim rodzaju doświadczenie.

Kolejny koncert który, zgromadził sporą część publiczności to rocznicowy gig TANKARD. Panowie celebrowali 44. rocznicę powstania, dlatego nie powinno nikogo dziwić, że sporo ludzi przyjechało na ten występ, tym bardziej że TANKARD ostatnio grał u nas bardzo dawno. Ich koncerty zawsze wywołują sporą euforię, ale jak mogło być inaczej, skoro panowie zgrali taki totalny set, tego wieczoru poleciały m.in. takie szlagiery jak: The Morning After, Need Money for Beer, Chemical Invasion, Zombie Attack czy Alien. Oczywiście to nie wszystko, co zespół przygotował. Niemcy w sumie zagrali 17 numerów, w tym 3 bisy. Andreas jak zwykle okazał się doskonałym wodzirejem, rozkręcając niezły młyn pod sceną i doprowadzając tłum szaleństwa. To było coś niesamowitego! Tym razem dałem się porwać szaleństwu, skacząc jak opętany. Na konie polecał (Empty) Tankard, tym samym żegnając się z nami.

Po tak udanym koncercie nie chciałem sobie psuć tej aury i odpuściłem ostatni występ tego wieczoru – INFAUSTES.
Ech, niestety po dość intensywnych dwóch dniach odczułem spadek formy. Przez te dwa dni adrenalina była dość mocno podkręcona, a kiedy przyszedł czas na wyjazd, wszystko ze mnie zeszło. To był naprawdę doskonały czas, już nie mogę się doczekać kolejnej edycji Black Silesia. To co, do zobaczyska za rok!!!!!!!!!!!
NecronosferatuS





