Skip to main content

OLDSCHOOL METAL MANIAC

HAZAEL- Thor CD Thrashing Madness Productions 2025

 
Powyższej kapeli raczej maniakom śmierć metalu z Polski przedstawiać nie trzeba. Jak ktoś, nawet powierzchownie, szukał naparzania znad Wisły, to na pewno mu się ta płyta przewinęła. Myślę, że jak powiem, że debiut Hazaela to klasyk polskiego death metalu to raczej nikt się ze mną nie będzie przesadnie spierał, mimo że sama muzyka po polsku nie brzmi. W Płocku musiał panować niewypowiedziany kult Szwedzizny, bo nie wiem, jak inaczej można by brzmienie Hazael określić, niż właśnie Szwedzizna. Bez wątpienia byli niezmordowanymi fanami Unleashed, Dismember, Grave, Cemetary czy Desultory. Sposób prowadzenia melodii, pasaże, wokal, a nawet brzmienie zostały tu zrobione na modłę powyższych hord. Na szczęście nie jest to bezmyślne kopiowanie i dziecinna inspiracja. “Thor” świeci przykładem, że by grać w konkretnym stylu, trzeba go po pierwsze zrozumieć. Kompozycje są przemyślane, przepełnione pomysłami i zagrane z totalnym oddaniem. Chłopaki jak mało kto zrozumieli geniusz szwedzkiej szkoły i wykorzystali jej nauki, by samemu stworzyć coś wielkiego. Najlepiej jest to widoczne na numerach takich jak “Seven Winds” czy “Thor”. No przecież na taką bojowość ciężko się natknąć nawet na płytach Unleashed! Sposób, w jaki riffy lawirują pomiędzy rytmicznymi pasażami i melodycznymi (nie cukierkowymi) liniami zasługuje na największą pochwałę, nie wspominając już o samym klimacie. Mrok obecny w riffach, okazjonalne akustyczne wstawki i interludia roztaczają niepowtarzalną aurę mistycznych, pogańskich tajemnic z północy. Zupełnie jakby wikingowie po wymordowaniu wszystkich mnichów w klasztorze pozostawili po sobie na skałach i drzewach zapomniane, runiczne znaki. Bez wątpienia pod tym względem największą robotę robią gitary. Tnące, atakujące, że wszystkich stron salwą miażdżącego mięcha nie pozostawiają żadnych wątpliwości. Jest tu wszystko, zdzierające pysk tremola Dismember, gniotące Unleashed czy nawet wijące się Desultory. Nie brakuje też okazjonalnych nawiazan do Bathory, jak w kapitalnym zwolnieniu z “Seven Winds”. Brzmienie to chyba najbardziej przekonujaca imitacja Sunlight Studio, jaką ówczesna Polska mogła wyrzucić. Nie jest to w żadnym wypadku zarzut, na gitarach jest odpowiednia ilość mięcha, bęben trzepie, jak powinien, a to wszystko osiągnięte bez pozbywania się czytelności. Czy są tu jakieś słabe strony? Osobiście uważam, że najsłabszym ogniwem jest tu wokal. Pomimo najszczerszych starań, niestety nie udało się tu zimitować Matti’wgo Kärki z Dismember. Aczkolwiek myślę, że nie powinno to nikomu przeszkadzać w odbiorze tego klasyka. Jeżeli też non-stop katujesz “Like an Everflowing Stream” to na pewno poczujesz się jak w domu. Prawdziwa gratka dla fanów Szwedzkiej szkoły w każdym jej wydaniu. 
 
Łukasz Łoziński