Przejdź do głównej treści

OLDSCHOOL METAL MANIAC

Savatage + Nevermore + Armored Saint 11. 08. 2026 Klub Progresja w Warszawie 

Dla wielu z nas był to wyjątkowy koncert, choć by przez fakt, że w końcu po tylu latach SAVATAGE zawitało po raz pierwszy do naszego kraju, wcześniej nigdy nie było mi dane oglądać tego legendarnego zespołu na żywo i powiem Wam, że było to niesamowite przeżycie. No ale nie uprzedzajmy faktów, zacznę od samego początku. 

Pod Progresję dojechaliśmy chwilę przed otwarciem bram, ustawiając się w sporej kolejce fanów, którzy musieli tu przyjść z dwie godziny wcześniej. Na szczęście wpuszczanie odbyło się dość sprawnie i chwilę po otwarciu bram trafiliśmy do budynku klubu wypełnionego po brzegi zbitą masą fanów, którzy licznie przybyli na to wyjątkowe wydarzenie. 

 

Spotkałem masę znajomych z całej Polski, to było bardzo miłe, pełne ekscytacji doświadczenie. Za chwilę miała się zacząć część artystyczna – na scenie jako pierwszy pojawił się ARMORED SAINT, który umknął mi na tegorocznej edycji Brutal Assault. Oczywiście widziałem już wiele razy ten band na żywo, ale tym razem promował nowy studyjny album Emotion Factory Reset, którego premiera miała zaledwie kilka miesięcy wcześniej, dokładnie 22 maja tego roku. 

 

Panowie pokazali się w doskonałej formie, wszyscy emanowali niezwykłą energią, szalejąc na scenie, jakby mieli ponownie po 20 lat. John Bush był dosłownie wszędzie, nie ustał sekundy na miejscu, to istny wulkan energii. Było widać w nim radość grania. Ten stan tego wieczoru udzielił się całemu zespołowi, to był naprawdę cholernie dobry koncert. Zresztą jak mogło być inaczej, skoro panowie przygotowali na ten dzień taki set; jako pierwsze poleciały: Close to the Bone, March of the Saint, End of the Attention Span – to wystarczyło, by pod sceną rozkręcić niezły młyn. I chyba podobało się to panom, bo na scenie było istne szaleństwo. Ten euforyczny stan udzielał się wszystkim, a kiedy poleciał kolejny hit: Last Train Home wszystko wrzało. Panowie zagrali też premierowo numery Hit a Moonshot, Win Hands Down czy Can U Deliver. Nowe kawałki doskonale sprawdziły się w wersji na żywo, przesuwając znacznie poprzeczkę wrzenia do granic wytrzymałości. Nie zazdroszczę tym, którzy stali przy samych barierkach. Kiedy tak naprawdę impreza dobrze się rozkręcała, zabrzmiał ostatni numer dzisiejszej setlisty, mowa o Reign of Fire. Nie ma jak zakończyć występ takim sztosem, ten numer do dziś niszczy!!!!!!!! Podczas całego koncertu atmosfera stopniowo gęstniała, po to, by chwilę po ostatnich taktach Reign of Fire na chwilę się rozluźnić. 

Kolejnym sztosem tego wieczoru miał być występ reaktywowanego niedawno NEVERMORE, który miałem już okazję oglądać kilka dni wcześniej na wspomnianym Brutal Assault. Dla wielu jednak ten koncert był pierwszym zetknięciem się z nowym składem tego zespołu, który przez lata szukał godnego zastępstwa Warrela Dane i kiedy wydawało się, że będzie to daremny trud, objawił się doskonały wokalista Berzan Önen, który bez żadnego większego trudu poradził sobie z najbardziej wymagającymi liniami wokalnymi Warrela, udowadniając tym samym, że nie ma ludzi nie do zastąpienia. Warto również zwrócić uwagę na nowego basitę NEVERMORE Semira Özerkana oraz drugiego gitarzystę Jacka Cattoi, który mimo bardzo młodego wieku zachwycił swoją błyskotliwością i niezwykłą techniką gry. Jedyną osobą ze starego składu NEVERMORE objawił się Jeff Loomis. Nowe wcielenie NEVERMORE okazało się, jak i w przypadku niedawno reaktywowanego SANCTUARY niezwykle udane. Setlista okazała się identyczna jak na Brutal Assault, choć powiem, że klubowy koncert stworzył znacznie intensywniejszą więź z publicznością. Zabrakło mi trochę utworów z debiutu tego znakomitego zespołu, choć przy takich strzałach jak Enemies of Reality, Beyond Within czy Narcosynthesis Progresja wrzała. Semir z niezwykłą lekkością poradził sobie z najbardziej wymagającymi partiami wokalnymi Warrela i to było niezwykłe przeżycie. 

Chwilę po zakończeniu koncertu NEVERMORE i zmianie sprzętu, za chwilę na deski sceny miał wyjść po raz pierwszy w naszym kraju SAVATAGE. To bez wątpienia był historyczny moment. Na deskach sceny pojawiły się dwa zestawy klawiszy – czegoś takiego wcześniej nie widziałem. Gdy pojawili się muzycy – dreszcz emocji i euforia zagościła na wielu twarzach tego wieczoru, a kiedy rozbrzmiały pierwsze takty Dead Winter Dead, nie było wątpliwości co dziś będzie nam dane przeżywać. Gitarowy duet Chris CafferyAl Pitrelli rozpętał tu prawdziwą muzyczną zawieruchę. Nie mogło być inaczej, skoro tego wieczoru popłynęły takie klasyczne numery jak Jesus Saves, Lights Out czy Taunting Cobras. Zresztą setlista przygotowana na ten występ okazała się Prawdziwym Killerem. Byłem pod wielkim wrażeniem wokalu Zaka Stevensa – nie dość, że potężny głos, to Zak jeszcze szalał na scenie, jakby był nastolatkiem. Oglądając ten występ, wyczuwało się w zespole radość z tego, w jaki sposób fani reagowali na ich muzykę. Nasza publiczność słynie z żywiołowości i to najwyraźniej bardzo spodobało się panom z SAVATAGE. Kolejne gitarowe triady i wiekopomny Unusual, a po nim Handful of Rain – czyż można było sobie wymarzyć lepszy zestaw utworów? Sekcja rytmiczna na tym koncercie: Johnny Lee Middleton/ Jeff Plate robiła tu niesamowitą robotę. Do pełni szczęścia zabrakło Jona Olivy, który jednak w pewnym momencie zaznaczył swoją obecność, ale nie uprzedzajmy faktów. Podczas Chance cała publiczność śpiewała tekst, klaszcząc w dłonie. To była prawdziwa euforia, coś niesamowitego. Zaśpiewany przez Chrisa Warriors zrobił na mnie powalające wrażenie, ależ ten koleś ma wygar w gardle! Tego wieczoru było nam dane słyszeć wiele wspaniałych utworów SAVATAGE m.in.: Prelude to Madness, Miles Away czy Syren. W sumie dwadzieścia dwa klasyki tego zespołu. Ogromne wrażenie zrobił na mnie Believe z Crissem i Jonem Olivą na ekranie, z niesamowitą gitarową solówką Chrisa Caffery’ego. 

Całość koncertu zamknął Hall of the Mountain King, czyż można wymarzyć sobie lepszy utwór na zakończenie tego niezwykłego koncertu? 

Wyszliśmy z rozdziawionymi gębami, ależ to był koncert. Jak sobie uświadomiłem, że mogłem doświadczyć tego już nieco wcześniej na Keep It True, żałowałem, że pojechałem na Brutal Assault, zamiast wybrać wypad do Germanii. 

Gdyby ktoś z organizatorów np. Mystic Fest czy Brutal Assault zaprosił SAVATAGE, byłoby super. Ten band zasługuje na zagranie na dużej scenie jako gwiazda wieczoru!!!!!!!!!!!!!!!!!! 

 

NecronosferatuS 

BRUTAL ASSAULT 2026 

Trochę trudno się z tym pogodzić, ale kolejna, XXIX edycja Brutal Assault już za nami i powiem Wam, że była naprawdę niesamowita. A skoro tak, to

Read More »