Przejdź do głównej treści

OLDSCHOOL METAL MANIAC

BRUTAL ASSAULT 2026 

Trochę trudno się z tym pogodzić, ale kolejna, XXIX edycja Brutal Assault już za nami i powiem Wam, że była naprawdę niesamowita. A skoro tak, to strach pomyśleć, jaka będzie rocznicowa XXX edycja tego festiwalu. Pierwsze zapowiedzi na 2027 to konkretne tematy: MERCYFUL FATE, MGŁA, CHILDREN OF BODOM, DESTRUCTION, EMPEROR, CARCASS, DISMEMBER… Musicie przyznać – zapowiada się nieźle, co? No ale nie o tym mieliśmy dyskutować – czas na podsumowanie tego, co było nam dane zobaczyć na edycji numer XXIX. 

 

 

Dzień I 

Niestety tym razem nie udało nam się nam dotrzeć na Warm-up party. Na miejsce przyjechaliśmy dopiero na pierwszy oficjalny dzień i to dopiero chwilę przed występem METAL CHURCH. Bardzo ubolewałem, że nie było nam dane zdążyć na ONSLAUGHT i ARMORED SAINT. Szczególnie żałowałem Brytyjczyków, bo tym razem ONSLAUGHT wystąpił z pierwszym wokalistą Simonem Keelerem. Cóż, musiałem się z tym pogodzić. Na szczęście udało nam się dość szybko uwinąć ze wszystkim i już od METAL CHURCH chłonęliśmy całą atmosferę jak gąbka. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, czego mogę się spodziewać po tym koncercie, bo jakiś czas temu wydziałem METAL CHURCH w tym składzie na Keep It True. Tak czy inaczej, wywołało to we mnie sporą ekscytację, tym bardziej że Brian był motorem napędowym odrodzenia się zespołu. Kto wie, czy gdyby nie on, Kurdt Vanderhoof zdecydowałby się na reaktywację tej legendarnej kapeli, która bez wielkiego rozgłosu przestała istnieć w 2023 roku i nic nie zapowiadało, że jeszcze kiedykolwiek ten band powróci, a tu nie dość, że METAL CHURCH się odrodził, to jeszcze wydał naprawdę doskonały nowy album Dead to Rights. Cieszy mnie również fakt, że w nowym, odrodzonym składzie pozostał Rick van Zandt. Wraz z Kurdtem, dzięki temu wspaniałemu duetowi gitarowemu, METAL CHURCH zachował dawny charakter, a przy tym nowi członkowie wnieśli ogromne pokłady energii, wskutek tego ten band emanował na scenie ogromną mocą. Nie bez znaczenia jest tu sekcja rytmiczna, myślę, że pozyskanie do nowego składu Kena Mary’ego było doskonałym posunięciem. To samo, jeśli chodzi o Davida Ellefsona. Z takim składem machina musiała ruszyć z potężnym impetem i wygląda na to, że nic nie jest w stanie jej zatrzymać. Setlista prezentowała się naprawdę zacnie. Całość koncertu rozpoczął Ton of Bricks z wiekopomnego dzieła The Dark. Po nim poleciał, również z tej płyty, Start the Fire. Kolejne strzały marzenie, to m.in. Gods of Wrath – wokal Briana Allena cholernie podobny do nieżyjącego Davida Waynea był powalający. Tego dnia METAL CHURCH obok klasycznych utworów zaprezentował premierowo F.A.F.O, po nim pojawiły się jeszcze trzy klasyki: Watch the Children Pray, Beyond the Black i zamykający całość występu Metal Church. Ten koncert był niezwykłym przeżyciem i choć pozostawił po sobie niedosyt, sprawił mi wiele radochy. To był doskonały koncert na rozpoczęcie festiwalowego szaleństwa. 

Kolejny koncert, który tego dnia było mi dane oglądać, to występ SAMAEL. Cóż, niestety kompletnie mnie to nie ruszyło. Nowa formuła tego zespołu mi nie odpowiada – gdzieś po drodze wyparował z ich muzyki Diabeł, który był doskonałym spoiwem nadającym ich muzyce odpowiedni charakter. Nie pomogły nawet takie tuzy jak Black Trip, Ceremony of Opposites czy nawet Baphomet’s Throne. Nowe aranżacje z automatem perkusyjnym odarły tą muzykę z kultu, oglądałem ten występ z niesmakiem. Z drugiej strony czego się spodziewałem? Ten band już od dawna zapomniał o Diable, któremu tak hołdował na początku swojej działalności. Lwią część tego występu stanowiły utwory z Passage, a to już zupełnie inny rozdział w twórczości Szwajcarów. 

Na moment, zanim na scenę wyszedł NEVERMORE, postanowiłem choć przez chwilę zobaczyć fragment COVEN i niestety nie porwało mnie to. Może, gdyby brzmienie tej muzyki było nieco bardziej aktualne, byłoby to w stanie mnie przekonać. Szkoda, że ten band nie trafił wieczorną porą na kameralną cenę „Octagon” wewnątrz twierdzy. Zapewniłoby to COVEN odpowiedni klimat. Brak wyczucia organizatora w tej sprawie jak się potem okazało, nie był odosobnionym tematem, ale o tym później. Po fragmencie COVEN poleciałem zobaczyć świeżo reaktywowany NEVERMORE. Jak się potem okazało, nowy wokalista Berzan Önen doskonale poradził sobie z wymagającymi partiami wokalnymi Warrela Dane, udowadniając, że nie ma ludzi nie do zastąpienia. Nowy odrodzony skład NEVERMORE powala swoją siłą rażenia, to był naprawdę bardzo udany występ. 

Kolejny niezbyt dobry wybór organizatora to umieszczenie BÖLZER na najmniejszej scenie „Octagon”. Nie było tam szans się dostać, było tak napchane ludzi. Zresztą co do wyboru tej sceny to nie jedyna taka wtopa, ale o tym później. Ponieważ nie było szans dostać się na ten koncert, skupiłem swoją uwagę na występie na dużej scenie, gdzie umieszczono MUNICIPAL WASTE, który notabene prawie pokrywał się z występem BÖLZER. Jako że mogę robić zdjęcia tylko przez trzy pierwsze utwory, nie było szans zaliczyć obu koncertów. Zresztą, zanim udało mi się wyzwolić z objęć tłumu licznie przybyłej na koncert BÖLZER publiczności, moje trzy pierwsze utwory MUNICIPAL WASTE już przeleciały. Tak czy inaczej, z prawdziwą przyjemnością oglądałem ten występ. Pamiętam, jak ten band kilka lat wcześniej rozpoczynał któryś z festiwalowych dni, w porannych godzinach gromadząc garstkę fanów. W tej chwili ten zespół znacznie urósł w siłę, swoją energią mogąc spokojnie stawać w szranki z gigantami gatunku typu OVERKILL, tak, że sytuacja z BÖLZER nie wyszła mi na złe, bo zobaczyłem doskonały gig MUNICIPAL WASTE. 

 

Kolejna niezbyt przemyślana decyzja to dawanie na dużą scenę o 21:30 takich kapel jak SAND NUDES. Zwykle takie kapele grają na koniec, a w tym czasie można by było dać np. TORMENTOR, czy CARPATHIAN FOREST, który zagrał o 2:00 w nocy, gdzie nie było szans dotrwać. Pomijam fakt, że kapele typu MARDUK, DEICIDE, VADER czy DEATH ANGEL trafiły na małą scenę. Było to dla mnie co najmniej niezrozumiałe.  

Kolejny występ, na który bardzo czekałem to TRIPTYKON. Choć ten band widziałem wiele razy, to zawsze wzbudza on we mnie wielkie emocje. Tak, też było i tym razem. Trudno się dziwić skoro na pierwszy ogień poszły dwa klasyki CELTIC FROST: Circle of the Tyrants i Into the Crypts of Rays. To odpowiednio podkręciło atmosferę koncertu. Oczywiście TRIPTYKON tego wieczoru przygotował również swoje utwory: Goetia, Demon Pact czy Aurorae, jednak lwią część setlisty wypełniały klasyczne dzieła CELTIC FROST. Pojawił się również jeden utwór HELLHAMMER – Messiah. W sumie tego wieczoru było nam dane usłyszeć dziewięć mocarnych numerów. To była prawdziwa uczta dla mojej czarciej duszy a Tom Gabriel Warrior wraz z resztą swojej kompanii, udowodnił, że są w znakomitej formie. 

Tego dnia słońce dało się bardzo dotkliwe we znaki, nie pomogły wozy strażackie rozpylające wodę. Wieczorem odczułem spore zmęczenie, dlatego po koncercie TRIPTYKON postanowiłem zakończyć pierwszy dzień, zostawiając w pamięci ten koncert i zbierając siły na dzień następny. 

 

 

Dzień II 

Ten dzień postanowiłem rozpocząć od występu DECEASED. Z całym szacunkiem dla Kinga Fowleya – jakim cudem ten band trafił na dużą scenę, a DEATH ANGEL, który jednak jest zdecydowanie bardziej rozpoznawalnym zespołem, wylądował na scenie małej? To chyba duża przesada, kolejny taki przykład: na dużej scenie pojawił się ILLDISPOSED, a na małej DEICIDE i VADER, to jakiś żart? Bardzo lubię debiut ILLDISPOSED, ale gdzie ten band, a gdzie dokonania VADER czy DEICIDE? Koncert Duńczyków nie był zły, choć reakcja publiczności była bardzo umiarkowana. Za to to, co działo się na koncercie DEICIDE, było szokiem, ale o tym później… 

O 17:25 wyszedł na scenę „Obscure” DEATH ANGEL i powiem Wam, że był to jeden z bardziej energetycznych występów. Mała scena nie przeszkadzała zespołowi, by rozkręcić niezły muzyczny twister. Warto również nadmienić, że na tej cenie było dużo lepsze nagłośnienie, niż miało to miejsce na dużych scenach, w szczególności na scenie „Marshall”. Sam band mimo faktu, że tym razem przygotował setlistę z bardziej współczesnych utworów, zagrał naprawdę bardzo energiczny set, który podkręcił konkretnie publiczność, sprawiając, że ten koncert jak się potem okazało, był jednym z bardziej udanych na tegorocznej edycji Brutal Assault. 

Po występie DEATH ANGEL postanowiłem zrobić sobie małą przerwę po to, by dotrzeć na miejsce na występ BODY COUNT. Jak się potem okazało, bez możliwości robienia zdjęć. Tak czy inaczej, ten gig zrobił na mnie wrażenie, tym bardziej że nigdy nie byłem fanem tego zespołu, a tu taka miła niespodzianka. 

O 21:05 na małej scenie „Obscure” pojawił się DEICIDE, zespół, który widziałem niezliczoną ilość razy, w tym chyba ze 3 lub 4 razy na samym Brutal Assault. Tym razem ktoś postanowił dać ten zasłużony band na małą scenę. Nie przemyślano tego chyba do końca, bo to co się działo pod sceną, to maskara – takiego ścisku nie pamiętam od dawna. To, że nikomu się nic nie stało to cud, ochrona miała naprawdę ręce pełne roboty podczas tego koncertu. Chyba ze 100 razy interweniowano, ratując przed upadkiem kolejne osoby szybujące nad głowami rozjuszonego tłumu. Tu naprawdę należą się ochronie podziękowania za tak sprawną reakcję. Glen z ekipą tym razem nie skupił się wyłącznie na dwóch pierwszych albumach, a przygotował ciekawy przekrojowy set. Nowy gitarzysta Jadran „Conan” Gonzalez radził sobie bardzo dobrze, a cały koncert spełnił oczekiwania die hard fanów tego zespołu. Całość rozpoczął When Satan Rules His World, po nim poleciał Bastard of Christ. Nie zabrakło również takich killerów jak Carnage in the Temple of the Damned czy Behead the Prophet (No Lord Shall Live). DEICIDE tego wieczoru zagrało trzynaście numerów, wieńcząc całość Homage for Satan. Po takiej skondensowanej dawce śmiercionośnego metalu trudno było ustać na nogach.  

Kolejny koncert, na który czekałem to występ AURA NOIR. Zawsze ich koncertom towarzyszy spora ekscytacja, panowie tym razem obchodzili 30-lecie Black Thrash Attack, więc działo się. Było miło zobaczyć Carla-Michaela w dobrej formie. 

 

Niestety i tego dnia upał dał się we znaki, dlatego nie było szans dotrwać do dwóch koncertów, które pierwotnie zaplanowałem obejrzeć. Mowa o IMMOLATION i TORMENTOR, w przypadku tych drugich dotrwać do 2:00 nie było żadnych szans. 

 

Dzień III 

Tym razem odpuściłem kilka interesujących koncertów po to, by po prostu popływać w basenie i trochę podładować baterie. Pierwszy koncert tego dnia, jaki było mi dane zobaczyć to występ CORONER. Powiem szczerze, byłem bardzo ciekaw, jak wypadną nowe utwory w wersji koncertowej. To była tylko czysta formalność, bo wiadomo, że Szwajcarzy słyną z mistrzowskiego wykonywania koncertów. Tak też było i tym razem, choć moim zdaniem tym razem ktoś przesadził z nagłośnieniem – wszystko było za bardzo zbasowane, ale i tak to, co zaprezentował CORONER, było powalające. Z premierowych numerów pojawiły się Oxymoron, Sacrificial Lamb, Divine Step (Conspectu Mortis). Oczywiście poza nowymi utworami zespół przygotował kilka klasyków, tworząc wybuchową mieszankę. Trudno się dziwić, kiedy na setliście pojawiły się takie strzały jak Masked Jackal, Metamorphosis czy Grin (Nails Hurt). To był znakomity koncert. 

Po występie CORONER miałem chwilkę, by na spokojnie oglądnąć wystawę Zbyszka Bielaka mieszczącą się w murach twierdzy. Robiło to powalające wrażenie – duże formaty prac zaprojektowanych przez Zbyszka na tle ceglanych murów prezentowały się zacnie. Cieszę się, że miałem trochę więcej czasu, by na spokojnie przyjrzeć się tym wszystkim detalom, które trudno dostrzec na okładce CD czy winyla. Tu w dużym powiększeniu nagle odkrywałem całą masę szczegółów, których wcześniej nie byłem w stanie wydobyć przez format bookletu CD czy okładki winylowej. Okładki DARKTHRONE, GHOST, KREATOR, SODOM, MGŁA, ABSU, CARCASS, PARADISE LOST i całe mnóstwo innych prac tego artysty zebranych w jednym miejscu przyciągały fanów metalu jak magnes. Dlatego nie dziwi mnie fakt, że wystawa cieszyła się sporym zainteresowaniem, przewinęła się tu podczas festiwalu niezliczona ilość ludzi. Mam nadzieję, że ten artysta doczeka się wystaw na Wacken i Hell Fest, czego życzę mu z całego serca. Myślę, że ta twórczość znalazłaby ogromne zainteresowanie na tych właśnie muzycznych wydarzeniach. 

Przed 20:00 wystąpił na scenie „Octagon” SADISTIC INTENT. W przypadku tego zespołu nie było ważne czy scena jest mała, czy duża od początku było wiadomo, że to będzie niszczący koncert. Powiem nawet więcej, ta kameralna scena w murach twierdzy dodała tej muzyce tego pradawnego klimatu – oldschoolowy piwniczny death metal w murach ceglanej twierdzy prezentował się zacnie, a panowie siali od samego początku do końca totalną dewastację. To był znakomity koncert, dlatego postanowiłem zostać do końca, mimo iż ten występ zazębiał się z występem GRAVE. Jak potem się okazało nie było szans przedrzeć się przez tę masę ludzi, by zdążyć na trzy pierwsze utwory GRAVE i zrobić im fotki. Niestety kilka razy musiałem rezygnować z ostatnich numerów ulubionej kapeli, by zdążyć na trzy pierwsze utwory innego zespołu, który miałem zamiar sfotografować. Było to niezwykle irytujące, szczególnie kiedy kapela typu MARDUK, VADER czy DEICIDE trafiła na małą scenę, gromadząc taką masę ludzi pod sceną, że przedarcie się przez te tłumy graniczyło z cudem.  

GRAVE pokrył się z PRIMUS, który nie był dla mnie priorytetem. Jak się potem okazało słusznie, bo był to straszny występ. Nie wiem, co ludzie widzą w ich muzyce, zawsze dziwiłem się, co sprawiło, że taka osoba jak Larry LaLonde, zamiast tworzyć nadal muzykę w POSSESSED, tak się odkleił od rzeczywistości i trafił do PRIMUS. 

Kolejny band na małej scenie przyciągnął niezliczoną ilość fanów BEHEMOTH. Tym razem jednak nie chodziło o ten zespół, choć całemu przedsięwzięciu dowodził jego lider – Adam „Nergal” Darski. Mowa o islandzkim MISÞYRMING, z Nergalem na wokalu. Panowie zaprezentowali w całości materiał z Sventevith (Storming Near the Baltic) i trzeba przyznać, że wyszło to naprawdę dobrze. Pod sceną działy się jednak dantejskie sceny – tłum był tak ogromny i ścisk tak potężny, że ludzie mdleli. Organizator chyba nie do końca zdawał sobie sprawę zainteresowania tym koncertem. Niestety nie zobaczyłem kilku ostatnich numerów tego występu, gdyż musiałem wcześniej zacząć przedzierać się przez masę ludzi, by dotrzeć na koncert kolejnej niedocenionej przez organizatora kapeli. Mowa MORTAL SIN, który trafił na najmniejszą cenę „Octagon”. Dziwne jest to, tym bardziej że na dużej scenie pojawiały się nieznane zespoły. Tak czy inaczej, MORTAL SIN nic sobie nie robił z małej sceny, dając fanom prawdziwą thrashmetalową ucztę i udowadniając swoją klasę. Kilka miesięcy wcześniej było mi dane oglądać ich występ na Keep It True, dlatego wiedziałem, czego mogę się spodziewać. Jednak ten występ przeszedł moje najśmielsze oczekiwania, dlatego postanowiłem zostać do jego końca, faktem czego nie udało mi się zrobić fotek MARDUK.  

Tego dnia nie udało mi się dotrwać do koncertu OLD MAN’S CHILD i VIO-LENCE, który w ostatnich latach na szczęście widziałem kilka razy.  

 

 

Dzień IV 

Ostatni dzień rozpocząłem od występu SACRED REICH. Ten band zawsze wzbudza we mnie duże emocje, ich muzyka emanuje zawsze pozytywną energią, a to, co wyczynia na gitarze Wiley Arnett, to mistrzostwo świata. 

Niestety i w tym przypadku musiałem zrezygnować z dwóch ostatnich utworów, by zdążyć na koncert zespołu, którego nigdy wcześniej nie widziałem, a ich muzykę wielbię. Mowa o norweskim THE 3RD AND THE MORTAL. Tym koncertem Brutal Assault zrobiło mi ogromną radochę, w końcu po tylu latach mogłem usłyszeć na żywo ten wyjątkowy zespół z niesamowitą wokalistką Kari Rueslåtten. Występ Norwegów był dla mnie jednym z ważniejszych wydarzeń tego festiwalu. Ujrzenie THE 3RD AND THE MORTAL na koncercie było jednym z niespełnionych do tej pory marzeń. Chłonąłem ich nastrojową muzykę z syrenim głosem Kari jak zaczarowany. Pierwszy utwór Death Hymn mocno mnie podekscytował, jest w tym coś niezwykle tajemniczego, przenikliwego, nie z tego świata. Kolejny utwór to pochodzący z albumu Tears Laid in Earth niezwykle nastrojowy Shaman. Koncert miał niesamowity nastrojowy klimat, gdyby ten band trafił na scenę w wieczornych godzinach, wrażenie byłoby powalające. Takie numery jak Autopoéma czy Why So Lonely powinny mieć odpowiednią oprawę. Głos Kari Rueslåtten potrafił dogłębnie poruszyć słuchacza swoją zmysłową delikatnością, a całe instrumentarium zespołu tworzyło jedyną w swoim rodzaju aurę. Mocniejszym akcentem tego występu był na pewno Salva Me, który, choć tylko w początkowej fazie jest bardziej drapieżny, to za jakiś czas przechodzi płynnie w bardziej nastrojowy klimat. Na koncercie świetnie ten utwór wypadł. Całość występu Norwegów zamykał niesamowity Oceana, który emanuje czymś magicznym – wyczuwa się zaklętą w te dźwięki potęgę żywiołu wody. To zmysłowy, pełen nastroju utwór z przenikliwym, niezwykle smutnym wokalem Kari w połączeniu z niezwykle atmosferyczną muzyką, która w mistrzowski sposób buduje klimat. Ten koncert oglądałem z wypiekami na twarzy. 

Po tym występie gig DEMOLITION HAMMER wydawał się uderzeniem pioruna. Wściekłość i niepohamowana agresja towarzyszyły muzykom przez cały koncert. Byłem trochę oszołomiony, bo gig THE 3RD AND THE MORTAL przerzucił mnie wcześniej w zupełnie inny klimat. Na szczęście dość szybko otrząsnąłem się z tego letargu, by w pełni podziwiać szalony występ Amerykanów. Obok klasycznych utworów zespół wykonał tego dnia jeden premierowy kawałek, zatytułowany Vendetta. Ponadto panowie przygotowali cover z repertuaru SICK OF IT ALL – mowa o We Want the Truth. Koncert został zagrany z niezwykłą energią, na przysłowiowym wkurwie. To była istna dewastacja. 

Kolejny gig, na który czekałem to występ weteranów death metalu MONSTROSITY, którzy promowali swój najnowszy album Screams from Beneath the Surface. Dlatego nikogo nie dziwiło, że rozpoczęli show od numeru z tej płyty – The Thrones, natomiast cała reszta setlisty to klasyczne numery tego zespołu. W sumie dziewięć death metalowych chłost prosto w pysk – trudno się dziwić, że przy takich numerach jak Final Cremation, Definitive Inquisition czy Stormwinds ludzie pod sceną dostawali wścieklizny, co w połączeniu z żarem płynącym z nieba tworzyło iście Infernalny klimat. Ten koncert pozostawił mały niedosyt, tym bardziej że wcześniej nigdy ich na żywo nie widziałem. Ten gig był o piekło lepszy od występu DEICIDE. 

 

Po koncercie MONSTROSITY miałem chwilę wytchnienia, by na spokojnie przetrawić, co zobaczyłem na tym gigu. Kolejny koncert miałem dopiero z kilka godzin.  

O 19:10 na małej scenie „Obscure” wystąpił VADER, który jak zwykle pozamiatał, pozostawiając po sobie tylko zgliszcza. To był potężny ładunek energii, panowie tego wieczoru naprawdę byli w niesamowitej formie, był to jeden z ich lepszych występów.

 

Niestety i tym razem musiałem zrezygnować z części ciekawego koncertu, by zdążyć na pierwsze trzy numery CANDLEMASS. Fakt, że te występy tak niefortunnie się zazębiały, był totalnie irytujący. Cóż, tak czasem niestety bywa, festiwale żądzą się swoimi prawami. Z drugiej strony, gdybym przegapił takie numery jak Bewitched, Mirror Mirror czy At the Gallows End byłbym bardzo niepocieszony, choć te numery w wykonaniu Johana Langquista w zestawieniu z wersjami pamiętanymi z występów tego zespołu z Messiah Marcolinem, to spora przepaść. Prawdę mówiąc, liczyłem, że CANDLEMASS ruszy w mini trasę z Messiahem, tym bardziej że zagrał jakiś czas temu kilka sztuk właśnie z nim. Tak czy inaczej, Johan nie wypadł źle, po prostu ten wokalista śpiewa inaczej, nie używając falsetów. Under the Oak czy Crystal Ball to już jego żywioł. To samo zamykający całość koncertu Solitude – tu Johan doskonale sobie poradził. Nieźle nawet wyszło w jego wykonaniu The Bells of Acheron, to samo Dark Reflections, czy (choć do wersji Marcoliniego nie ma podejścia) The Well of Souls – cóż, zabrakło tu tej mocy Messiaha. Tak czy inaczej, to był dobry występ, ale tylko dobry. 

Kolejny wspaniały koncert tego wieczora, to występ LEFT TO DIE, ten zespół było mi dane oglądać już kilka dni wcześniej w Krakowie. Tym razem kapela trafiła na dużą scenę – z jednej strony zasłużenie, a z drugiej powiem Wam, że koncert w klubie bardziej mi się podobał, to muzyka, która doskonale sprawdza się w takich warunkach. W Krakowie nie było Tony’ego Butlera, który wtedy kończył trasę po USA z OBITUARY, w Czechach już się pojawił. Koncert wypadł niezwykle udanie, obok utworów ze Scream Bloody Gore i Leprosy panowie zagrali kilka numerów z demo MANTAS: Legion of Doom, Archangel, Witch of Hell – ależ to mocarnie zabrzmiało. Nie mogło również zabraknąć takich ciosów jak Open Casket, Scream Bloody Gore, Infernal Death, Leprosy, Left to Die czy Zombie Ritual. Nie wiem, czy jakiemukolwiek innemu zespołowi udało się zbliżyć do oryginału, wokal Matta do złudzenia przypomina Schuldinera. Dzięki LEFT TO DIE muzyka DEATH jest wciąż żywa, zresztą panowie z LEFT TO DIE w końcu popełnili album Initium Mortis, który jest idealnym przedłużeniem Scream Bloody Gore/ Leprosy, a to nie lada sztuka. Dodam jeszcze, że na koniec panowie zgrali Pull the Plug, wgniatając wszystkich w podłoże. Wow ależ to był koncert.  

Po występie LEFT TO DIE pojawił się kolejny problem. Oto nałożyły się dwa koncerty CRYPTOPSY z WARDRUNA. Zostałem przy tym drugim tym bardziej że po nich miał zagrać na dużej scenie SATYRICON. Oba koncerty wypadły całkiem dobrze, choć na co dzień raczej nie słucham WARDRUNY, bardziej kojarząc ich twórczość z serialem filmowym „Wikingowie”. Tak czy inaczej, doceniam wykonanie z użyciem dawnych instrumentów. Tak naprawdę po LEFT TO DIE miałem ochotę zakończyć dzień festiwalowy, tak podobał mi się ten koncert, ale ze względu na SATYRICON zostałem również na WANDRUNIE. 

SATYRICON to istna koncertowa dewastacja. Zawsze ich koncerty to totalna bezlitosna chłosta, tak było i tym razem. Cieszę się, że SATYRICON wskoczył za CRADLE OF FILTH. Ta zmiana wyszła festiwalowi na dobre. Pogrzebowy korowód rozpoczął się od Midnight Serpent, następnie uderzyły z infernalną siłą Our World, It Rumbles Tonight, Black Crow on a Tombstone, a to przecież zaledwie początek tej dewastacji. Jeszcze dobrze nie ochłonęliśmy, a tu wybrzmiewają pierwsze takty Now, Diabolical, po nim uderzył The Pentagram Burns. Po takiej dawce metalu trudno było ustać na nogach, a tu z każdym kolejnym numerem czułem się wprasowany w podłoże. Tego wieczoru SATYRICON zagrał 10 numerów, w tym obowiązkowy Mother North, zamykając całość numerem K.I.N.G. Po tym gigu odechciało mi się czekać na BORGNAGAR i CARPATHIAN FOREST, który miał zagrać o 2:00, to chore!  Normalnie, gdyby Norwegowie zagrali w rozsądnej godzinie, powiedzmy o 22:30, każdy z nas by chętnie to obejrzał, ale o 2:00 w dzień wyjazdu nie było szans dotrwać. Efekt był taki, że cała masa ludzi po koncercie SATYRICON poszła spać.  

Tak czy inaczej, mimo pewnych niedogodności uważam tegoroczną edycję Brutal Assault za niezwykle udaną. Mając jednocześnie nadzieję, że w przyszłym roku będzie jeszcze lepiej. Kolejna, XXX edycja Brutal Assault zapowiada się nieźle. To co, do zobaczenia za rok? 

 

NecronosferatuS

BRUTAL ASSAULT 2026 

Trochę trudno się z tym pogodzić, ale kolejna, XXIX edycja Brutal Assault już za nami i powiem Wam, że była naprawdę niesamowita. A skoro tak, to

Read More »