
Ależ ten czas leci… Za nami XV edycja festiwalu w Aleksandrowie – szkoda, że już jest to za nami, bo działo się w tym roku wiele dobrych rzeczy. Sam festiwal z roku na rok ewoluuje, rozrasta się, przyciągając coraz więcej maniaków metalowej muzyki, ale to nie powinno nikogo, dziwić skoro organizator zaprosił tak znakomitych wykonawców. Już się nie mogę doczekać kolejnej odsłony festiwalowej, ciekaw jestem, co tym razem zagra na deskach sceny SUMMER DYING LOUD FEST?

Dzień pierwszy.

W pospiechu dotarliśmy na festiwal na styk, właśnie rozlegały się pierwsze dźwięki koncertu DEATH CRUSADE, który chciałem zobaczyć, tym bardziej że już kilka razy rozmijałem się z ich występami, a muza wykonywana przez ekipę z Gdańska to staroszkolny crust punk ze sporą domieszką death/ grind; słychać tu spore wpływy NAPALM DEATH, TERRORIZER, REPULSION, ale i DISCHARGE tak więc nie liczyłem tu raczej na rockowe ballady. Koncert zagrany niezwykle dynamicznie, idealnie pasował na rozkręcenie imprezy.

Kolejny koncert to występ UNTERVOID. Powiem szczerze, nie znałem wcześniej tego zespołu Konrada, który kiedyś udzielał się w KSM.

To dobra muzyka, UNTERVOID tworzy dość złożoną stylistycznie muzykę, która jest gatunkowym tyglem nie ograniczającym się tylko do black metalowej stylistyki, dlatego elementy klasycznego metalu nie były dla mnie zaskoczeniem. Bardzo dobre gitarowe partie Konrada również przykuwają uwagę, mimo to czegoś brakowało mi w tej muzyce, by w pełni mnie to usatysfakcjonowało.

Tak czy inaczej, wydaje mi się, że części publiczności podobał się ten występ.

Kolejny gig, który było mi dane oglądać tego dnia, to występ francuskiego NECROWRETCH. Tym razem wykonawca reprezentował czarcią szkołę black metalu mocno inspirującą się szwedzkim DISSECTION.

Koncert był naprawdę dobry, szkoda tylko, że zespół musiał grać taką muzykę w słońcu, no ale takie są zasady festiwalowe – na to, by grać o późniejszych godzinach, trzeba sobie zapracować. Tak czy inaczej, wierzę, że kiedyś ten band osiągnie taką pozycję, bo drzemie w nich ten potencjał.

Z każdą chwilą gęstniała atmosfera. Oto na scenie pojawiła się kolejna legendarna formacja, tym razem ze Szwajcarii: MESSIAH i choć widziałem ich kilka koncertów, był to pierwszy gig z Marcusem Seebachem za mikrofonem. Jak się potem okazało, godnie zastąpił on zmarłego dwa lata temu Andy’ego Kaina. Doskonały, bardzo mocny głos Marcusa idealnie pasował do muzyki MESSIAH, który tym razem zaprezentował całkiem fajny set.

Całość rozpoczęły numery z nowego albumu: Sikhote Alin, Christus Hypercubus, następnie pojawiło się trochę klasyki Condemned Cell z Rotten Perish, wyczekiwany przeze mnie Space Invaders itd. W sumie bardzo przekrojowy set, złożony z trzynastu utworów. Utwory z dwóch pierwszych albumów Hymn to Abramelin / Messiah, wspomniany przeze mnie wcześniej Space Invaders, Enjoy Yourself, Extreme Cold Weather czy zamykający całość koncertu The Dentist – musicie przyznać całkiem sporo.

Utwory w wykonaniu Marcusa nie do końca oddały atmosferę stworzoną przez Reto „Tschösi” Wilhelma Kühne, ten koleś miał jedyny w swoim rodzaju głos, ale Marcus nie położył tych numerów. Zresztą nie tylko utwory z Hymn To Abramelin i Extreme Cold Weather były grane na tym koncercie, choć właśnie na te nie czekałem najbardziej. Generalnie był to naprawdę dobry gig i cieszę się, że Panowie są obecnie w tak doskonałej formie.

Niestety koncert ANAAL NATHRAKH kompletnie mnie nie przekonał, to jednak już nie ten sam band co kiedyś. Jedyne co przykuło moją uwagę w tym zespole, to wyjątkowy wokal Dave’a „V.I.T.R.I.O.L.” Hunta, ależ ten koleś ma skalę – od totalnie groblowych wokali do niezwykle czystych wysokich zaśpiewów. Robiło to naprawdę porywające wrażenie, niestety muzyka jakoś mi nie współgrała z tym niestety.

Dalszych emocji pierwszego dnia nie zabrakło – oto na scenie wyłonił się legendarny MAYHEM świętujący w tym roku swoje 40-lecie. Nie wiem jak Wy, ale ja mam bardzo mieszane odczucia względem tego występu. Uważam, że dobór numerów na setlistę nie był do końca trafiony.

Jak dla mnie ten koncert zaczął się dopiero od Ancient Skin z Wolf’s Lair Abyss. Wiadomo, potem poszły numery z De Mysteriis Dom Sathanas i Deathcrush, czyli prawdziwa Czarcia uczta dla mrocznych duszyczek, ale pierwsze sześć numerów trudno było mi zdzierżyć. Niestety na 3 koncerty MAYHEM zwykle jeden jest udany. Szkoda, bo kiedyś ten band był niszczący koncertowo.

Drugi dzień potraktowaliśmy bardziej na luzie, więcej czasu spędzając w gronie przyjaciół, z którymi nie widziałem się od dawna. Za to kocham festiwale, zawsze spotykam na takich imprezach masę ludzi ,których nie jest mi dane widywać na co dzień.

Ten dzień rozpoczęliśmy o 15:00. Miało zagrać francuskie trio CAVALERIE. Słyszałem wcześniej kilka rzeczy tego zespołu tak, że wiedziałem, czego mogę się spodziewać, ale ich gig przeszedł moje najśmielsze oczekiwania.

Doskonały crust punk ze sporą dawką mroku tętnił niezwykłą energią, porywając całkiem sporą ilość zgromadzonych pod sceną. Ten koncert na pewno nie jednej osobie zapadnie w pamięci, bo było to coś naprawdę zjawiskowego – surowe i niezwykle energetyczne granie. Kolejny dowód, że trzyosobowe składy tworzą najlepszą muzykę.

Występ kolumbijskiej MASACRE był jednym z ważniejszych punktów tego festiwalu, co prawda był to drugi występ tego zespołu w Polsce, ale dopiero na SDL było mi dane ich zobaczyć po raz pierwszy i powiem Wam, że było to coś niezwykłego. Osmose Productions wznowiło niedawno ich wiekopomny debiut Requiem, a zespół nawiedził stary kontynent, dając upust swojej szaleńczej energii i porażając swoją siłą.

To był morderczy gig.

Alex, który poza sceną jest niezwykle miłym gościem, tu stojąc za mikrofonem, przeistoczył się w koncertową bestię. Bardzo cieszę się, że Tomasz zaprosił ten band do Aleksandrowa, ten koncert to było prawdziwe zniszczenie.

Kolejny gig tego dnia to występ BORKNAGAR i tu się nie zawiodłem. Koncert wypadł naprawdę znakomicie. Myślę, że nie jestem odosobniony w tym odczuciu, zresztą całkiem spory tłum pod sceną był tego doskonałym odzwierciedleniem.

W końcu doczekałem się koncertu RIVERSIDE, tym razem nie w biały dzień jak to było na Brutal Assault, a wieczorem, gdzie skąpani w światłach reflektorów dali naprawdę niezwykły koncert i choć zespół wyraźnie zaznacza, że nie jest metalowy, to coraz częściej pojawia się z powodzeniem na tego typu imprezach. Jak widać, metalowa brać potrafi docenić kunszt i atmosferę, którą w tak mistrzowski sposób włada ten zespół. Po tym występie słyszałem wiele bardzo pozytywnych opinii temat tego koncertu, sam podzielam takie właśnie odczucia. Występ RIVERSIDE był jednym z najmocniejszych akcentów tegorocznej edycji SUMMER DYING LOUD.

GODFLESH oglądnąłem kilka numerów i powiem szczerze, że zmęczyło mnie to do tego stopnia, że nawet nie zobaczyłem fragmentu THE CROWN, słuchając koncertu w oddali. Tak zakończyłem ten dzień.

Dzień trzeci i niestety ostatni tegorocznej edycji SUMMER DYING LOUD rozpoczęliśmy od fragmentu całkiem udanego występu IMMEMORIAL, ale tak naprawdę ten dzień rozpoczęliśmy od występu CHAPEL OF DISEASE i powiem szczerze – nie wiem, co ludzie widzą w tym zespole?!

Oczywiście doceniam kunszt wykonania, ale sama muzyka mnie jakoś nie porwała, choć pewnie w tej chwili wiele osób ze mną się nie zgodzi.

Powalił mnie występ PRIMORDIAL z niezwykłym wokalistą Alanem Averillem znanym bardziej jako A.A. Nemtheanga. Wcześniej kilka razy rozmijałem się z koncertami tego irlandzkiego zespołu, to na SDL było mi dane pierwszy raz zobaczyć ich koncert i po tym występie straszne żałowałem, że te wcześniejsze ich gigi odpuściłem na rzecz innych kapel, które grały w tym czasie na innych festiwalach.

Bardzo mocny przekaz, niezwykle wyrazista muzyka i jak już wcześniej wspominałem, niezwykle charyzmatyczny wokalista sprawiły, że oglądałem ten koncert z rozdziawioną gębą.












