
Kolejna edycja Mystic Fest za nami. Pisząc tę relację, już tęsknię za atmosferą tej imprezy, która z roku na rok rozrasta się do monstrualnych rozmiarów. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że za kilka lat ten fest będzie musiał zmienić lokalizację, ponieważ ten teren został już przeznaczony pod budowę nowego osiedla. Nie będzie łatwo znaleźć tak niezwykłe miejsce, jak Stocznia Gdańska, która ma niepowtarzalny industrialny charakter idealnie pasujący do tego typu imprez. No ale nie martwmy się na zapas, od tego są tęższe głowy, które na pewno wymyślą coś w tej materii, by Festiwal nie zniknął z mapy muzycznej świata.

Przyjechaliśmy do Gdańska dzień wcześniej, by na spokojnie wszystko sobie pozałatwiać, przy okazji spotkać się ze znajomymi, którzy przyjechali do Gdańska aż z Werony. Mystic od dawna stał się imprezą przyciągającą fanów metalu z różnych, nawet bardzo odległych części świata. Spotkaliśmy tu ludzi z Finlandii, Chile, Peru, z USA czy Brazylii. Co roku ta międzynarodowa ekipa powiększa się, zataczając coraz większe kręgi zainteresowania i choć festiwal w dużej mierze promuje nowe trendy w metalu, zawsze znajdzie się tu również miejsce na staroszkolne kapele, które akurat interesują nas najbardziej.

W tym roku na festiwalu pojawiła się dodatkowo nowa plenerowa scena: Desert Stage. Było to doskonałe posunięcie, zagrało na niej kilka bardzo interesujących kapel, w tym PENTAGRAM i powalający CASTLE RAT, ale o tym później.

Koszmarem festiwalu okazały się dwie sceny: Sabbat Stage i Shrine, które nie mają klimatyzacji i oglądanie tam koncertów było mało fajne. Ludzie dosłownie mdleli, mało kto był w stanie wytrzymać w tym ukropie cały koncert. Na szczęście ponoć Sabbat Stage od nowego roku przestanie istnieć, natomiast liczę, że w końcu B90 (Shrine Stage) zainwestuje w klimatyzację, bo to jakaś kpina, by przez tyle lat bagatelizować ten problem.

I Dzień festiwalu był dość luźny. Rozpoczęliśmy go od koncertu, którego pierwotnie nie planowałem oglądać. Chodzi o niezwykle zjawiskowy występ pochodzącego z nowojorskiego Brooklynu CASTLE RAT, który zagrał na nowo powstałej scenie Desert Stage. Przyznam się szczerze, że nie znałem tego zespołu wcześniej i choć ich początki sięgają roku 2019, to pierwszy kontakt z ich twórczością miałem na Mystic Fest, którego organizatorom składam pokłony i wyrazy wdzięczności za zaproszenie tak niesamowitego zespołu. Ten występ poraził mnie swoją epicką formą. Był to wyśmienity koncert, przesiąknięty magiczną atmosferą – taki doom metal lubię najbardziej. Całość spowita niemal baśniową atmosferą robiła bardzo dobre wrażenie. Wato również zwrócić uwagę na elementy teatralności podczas tego występu, chociażby pojedynek kosiarza z niezwykłą wokalistką i gitarzystką zarazem. Chodzi o Riley Maureen Pinkerton McCurry kryjącą się pod pseudonimem The Rat Queen.

Od czasów JEX THOTH nic mnie tak nie poraziło, jak CASTLE RAT. Jak się potem okazało, zespół ma na swoim koncie dwa długograje. Po koncercie poleciałem czym prędzej zakupić płyty tego zespołu, jednak zbyt wielu zjawiło się chętnych na ich muzykę, dlatego wszystko bardzo szybko znikło. Tak czy inaczej, ten koncert utkwił mi na długo w pamięci, a po przyjeździe do domu zacząłem szperać na temat tego zespołu, by dowiedzieć się o nich czegoś więcej.

Jako drugi band tego dnia zobaczyliśmy MIDNIGHT, który dał bardzo dynamiczny koncert na Shrine Stage. Szybki, bardzo energiczny set skutecznie rozruszał publiczność i choć było tam nieziemsko gorąco, spora część ludzi szalała pod sceną.

Kolejny zespół, który tego dnia było nam dane oglądać, to grecki ZEMIAL, który zagrał fenomenalny set na najmniejszej scenie Sabbat Stage. Było to niezwykłe przeżycie usłyszeć te utwory w wersji koncertowej. Jak większość z Was wie, ZEMIAL to jednoosobowy band tworzony przez Archon Vorskaatha. Tu udało się zebrać skład koncertowy i ZEMIAL zagrał naprawdę doskonały koncert, na którym pojawił się gość specjalny Proscriptor McGovern, by zgrać z nimi trzy utwory. Było to coś naprawdę niesamowitego.

THE KOVENANT, który zaczęliśmy oglądać, wypadł bardzo blado, ta muzyka w tej chwili kompletnie się nie broni, do tego wszystko było totalnie przebasowane i trudno było to zdzierżyć, dlatego po kilku numerach wyszliśmy z koncertu.

Chwilę po tym koncercie pojawił się pierwszy dylemat. Oto w tym samym czasie grały dwa interesujące nas zespoły: na małej scenie Sabbat Stage BEWITCHER i na Park Stage EXODUS. Takich nakładek na tym festiwalu było więcej, niestety było to niezwykle irytujące. Osoba, która układała program koncertowy, powinna uwzględnić, że fani obu kapel chętnie zobaczyliby oba zespoły w całości. Wystarczyło tylko przedzielić ich występy zespołem grający inny rodzaj metalu, w końcu było w czym wybierać. Tak jak wspomniałem nie był to jeden taki przypadek. Najbardziej irytującym był fakt nałożenia się VADER na DEATH ANGEL, ale o tym za chwilę.

Ostatecznie wybrałem EXODUS. Byłem dość zaskoczony tym, jak kiepsko ten koncert był oświetlony. W tamtym roku na Park Stage oglądałem kilka koncertów i były pod względem wizualnym świetnie przygotowane, tu ktoś spieprzył po całości znakomite koncerty W.A.S.P., BLOOD FIRE DEATH, VADER, SUICIDAL TENDENCIES i wspomniany EXODUS, który zagrał naprawdę dobry set. Sporym zaskoczeniem była dla mnie zmiana frontmana, którego widziałem z EXODUS kilkanaście lat temu. Mowa o Robercie Dukesie, który zastąpił kolejny raz Steva „Zetro” Souza. Tym razem jednak Rob mile mnie zaskoczył. Tego dnia Bonded by Blood, Brain Dead, Fabulous Disaster, Piranha czy zamykający całość trzynastoutworowego koncertowego setu Strike of the Beast wypadły niezwykle dobrze, dlatego po tym szalonym koncercie zdecydowaliśmy zakończyć pierwszy dzień, pozostawiając w pamięci ten niezwykły występ.

II Dzień festiwalu rozpoczęliśmy od fenomenalnego występu ABSU na Shrine Stage. Co ciekawe obok Proscriptora wystąpił cały skład ZEMIAL. Bardzo fajnie to wyszło, tym bardziej że kilka rzeczy dośpiewywał Archon zza perkusji. Obok klasycznych numerów ABSU ten skład zagrał wspólnie cover teksańskiego MORBID SCREAM, mowa o The Coming of War, który wypadł nad podziw dobrze. Pod sceną było istne szaleństwo, choć w tym infernalnym kotle trudno było złapać oddech. Po kilku numerach musiałem wyjść na zewnątrz, by zaczerpnąć świeżego powietrza, gdzie już bardziej słuchałem, niż oglądałem ten niezwykły Piekielny spektakl.

Po wstępie ABSU połaziliśmy trochę po stoiskach z merchem, spotkaliśmy się z kilkoma przyjaciółmi, przez co przegapiliśmy koncert NILE. Czas płynął szybko tego dnia.

O 21:15 ruszyła kolejna Czarcia załoga, BEHERIT i tu pojawił się spory dylemat. Otóż w tym samym czasie na Park Stage grał SUICIDAL TENDENCIES. Ostatecznie wybrałem BEHERIT, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Okazało się jednak, że tym razem nie wolno robić zdjęć w fosie tak więc wybrałem dogodne miejsce, by napawać się atmosferą tego koncertu. W okolicach Salomon’s Gate poleciałem szybko zrobić kilka fotek SUICIDAL TENDENCIES, by czym prędzej wrócić na BEHERIT. Jak potem się okazało, setlista Amerykanów była tym razem bardziej hardcorowa, ludzie świetnie się bawili, jednak ja oczekiwałem bardziej thrash metalowego klimatu, jak to miało miejsce kilka lat wcześniej na Brutal Assault. Gdy wróciłem na BEHERIT, rozbrzmiewały pierwsze takty Witchcraft.

Ścisk panujący pod sceną nie pozwoliłby mi się wbić z powrotem do środka, pozostało więc napawać się samą muzyką. Wiele osób mimo uwielbienia dla Finów nie było w stanie wytrzymać braku powietrza, to naprawdę totalnie irytujące, kiedy musisz wychodzić z ulubionego koncertu, bo nie idzie tam wytrzymać zaduchu i braku tlenu. Na koniec popłynął The Gate Of Nanna. Po tym występie postanowiłem zakończyć ten dzień, cała reszta kapel mających grać po BEHERIT wydała mi się banalna.

W międzyczasie odwiedziliśmy świetną wystawę „The Legacy of VADER”, na którą zaglądaliśmy kilkukrotnie, bo kryła naprawdę wiele niesamowitych artefaktów. Oglądając te wszystkie zebrane unikatowe zdjęcia, wycinki prasowe ze starych zinów, całą masę cennych przedmiotów z wiązanych z działalnością VADER ożyły we mnie stare wspomnienia.

Dzięki tej wystawie zafundowałem sobie podróż w czasie, przywołując wspomnienia imprez, na których byłem: S’thrash’ydło, Shark Attack, sławetny koncert BULLDOZER w Zabrzu, gdzie VADER również wystąpił i wiele wiele innych. To było coś niesamowitego.

Wystawa została przygotowana z niezwykłym pietyzmem przez prawdziwego Die Hard Fana VADER, który przez te wszystkie lata zbierał wszystko, co tylko wpadło mu w ręce i dotyczyło zespołu. Adam Sieklicki , bo o nim mowa, włożył w to wiele serca i pracy, by ta wystawa miała tak niepowtarzalny charakter.

Zgromadził on imponująca kolekcję, na którą składa się cała masa instrumentów, rekwizytów scenicznych, całej masy koszulek VADER, płyt oraz różnych pamiątek związanych z działalnością olsztynian. Człowiek sobie nawet nie zdawał z tego sprawy, ile ukazało się na całym świecie wydawnictw sygnowanych logo VADER.

Lwia część tych perełek była zaprezentowana na tej wystawie. Zebranie tak imponującej kolekcji musiało kosztować wiele czasu i wysiłku a przechadzanie się po tej wystawie, wśród tych wszystkich pamiątek było niezwykłym przeżyciem.

III Dzień rozpoczynał się dla nas od koncertu HELLRIPPER na Sabat Stage. Sam gig wypadł naprawdę fajnie, choć lokacja chyba nie była gotowa na taką ilość ludzi. W dodatku nie było tam czym tam oddychać. W sumie fajnie, że ta scena za roku już nie będzie działać.

OPETH oglądnęliśmy na leżaczkach, zbierając siły na dwa konkretne ciosy tego wieczoru.

Pierwszy to W.A.S.P. na Park Stage i bez wątpienia najważniejszy koncert tegorocznej edycji Mystic Festiwal. Zespół na nieszczęście pojawił się na Park Stage, gdzie położył ten koncert od strony wizualnej świetlik, który chyba na co dzień oświetla wesela, bo to jak spieprzył ten koncert, było niezwykle spektakularne. Na szczęście sam zespół wypadł naprawdę dobrze. Widziałem W.A.S.P. wiele razy, ale chyba pierwszy raz widziałem uśmiechniętego Blackiego Lawlessa. Mogę to zrozumieć, bo publiczność dopisała, a i set przygotowany przez zespół był naprawdę dobry. Całość koncertu poprzedzał jako intro utwór THE DOORS – The End, następnie z głośników popłynął Medley Remix hitów, odpowiednio podgrzewając atmosferę, by w końcu na scenę wypadł zespół. I Wanna Be Somebody rozpoczynający misterium numer z debiutanckiego albumu, na który czekaliśmy z niecierpliwością. Sam Blacki w zadziwiającej formie gonił po scenie, roztaczając wokół siebie niezwykłą aurę.

Kolejnymi strzałami pomiędzy oczy okazały się ku mojemu zadowoleniu kolejne numery z debiutu: L.O.V.E. Machine, The Flame, B.A.D., School Daze, Hellion. Jak tu się nie cieszyć, kiedy W.A.S.P. przygotował taki oldschoolowy set. Jak się potem okazało, tego wieczoru zespół zagrał w całości debiut album. To było coś niesamowitego móc rozkoszować się tymi klasycznymi utworami. Kolejne szlagiery z debiutu to kolejno Sleeping (In The fire), On Your Knees, nie zabrakło oczywiście również Tormentor i The Torture Never Stops. Słuchając tych numerów, byłem w wpiekłowzięty, a to nie koniec setlisty, którą na dziś przygotował mistrz ceremonii Blackie Lawless. Drugą część tego wyjątkowego koncertu rozpoczął kawałek znany nam z Inside The Electric Circus – The Big Welcome. Następnie poleciał cover legendarnej formacji The Who – The Real Me. Nie zabrakło również ballady Forever Free / The Headless Children. Całość koncertu zwieńczyły dwa klasyczne numery W.A.S.P.: Wild Child i Blind in Texas. Po koncercie miałem straszny niedosyt, ten występ rozpalił we mnie spory głód na muzykę W.A.S.P. Na szczęście po tym gigu czekała nas jeszcze jedna, jak się potem okazało, największa atrakcja festiwalu – koncert Mistrza Horroru, Kinga Diamonda.

Chwilę przed finałem koncertu W.A.S.P. spotkałem kumpla z Finlandii, dla którego zrobiłem kilka projektów graficznych na okładki Nigromancer, Moonfall, Witchcraft i kilku innych jego projektów. Nie skumałem, że koleś gra również w BEHERIT, dopiero w domu zorientowałem się, jaką dałem plamę. Cóż, tak czy inaczej, cieszę się z tego spotkania

Po W.A.S.P. poleciałem czym prędzej pod Main Stage, by przygotować się na koncert KINGA DIAMONDA.

Nowa scenografia robiła niezwykłe wrażenie. Wiedziałem, czego można się spodziewać po tym wykonawcy, bo widziałem kilka koncertów Kinga, ale ten występ przeszedł moje wszelkie oczekiwania i to nie tylko od strony wizualnej, ale i samej setlisty. Tym razem nie było żadnych numerów MERCYFUL FATE, mimo to nie odczułem tym razem ich braku.

Król i bez tego ma w swoim repertuarze wiele klasycznych hitów, które potrafią człowieka wgnieść skutecznie w podłoże. Tak było i tym razem, atmosfera niesamowitości towarzyszyła temu spektaklowi od samego początku. Te trzynaście szlagierów, niczym trzynaście czarnych świec płonęło tego wieczoru niezwykłym blaskiem. Halloween, Sleepless Nights, Welcome Home, The Candle czy Abigial to oczywiście nie jedyne tuzy tego wieczoru, ale właśnie one najbardziej utkwiły mi w pamięci. To było prawdziwe misterium grozy, prawdziwy spektakl.

Coś, co na długo zapadnie widzowi w pamięci. Po tym koncercie oglądanie czegokolwiek wydało się niewłaściwe, pragnąłem napawać się tym niezwykłym przeżyciem jeszcze długo po wybrzmieniu ostatnich taktów Abigail, które było ostatnim utworem zagranym tego magicznego wieczoru.

Ostatni IV Dzień przyniósł wiele atrakcji. Choć i tym razem nie obyło się bez problemów nakładających się na siebie występów. Padło na DEATH ANGEL i VADER. Ci pierwsi trafili do nieszczęsnego B90 zamiast na Park Stage czy choćby nową Desert Stage, ale o tym za chwilę.

W ten dzień jeszcze raz odwiedziliśmy wystawę poświęconą VADER. Tym razem, aby spotkać się z zespołem, który w ten dzień miał spotkanie z fanami. W galerii poświęconej spuściźnie VADER można było z zespołem porozmawiać, porobić wspólne zdjęcia czy zdobyć autografy. Panowała ogólnie bardzo rodzinna, miła atmosfera. Było to wspaniałe zwieńczenie tej niesamowitej wystawy.

Pierwszy koncert oglądany tego dnia to występ SKELETHAL REMAINS, który było mi dane oglądać już kilkukrotnie. Dlatego wiedziałem, czego mogę się spodziewać. Jak zwykle była to solidna porcja śmiercionośnej muzyki. Kolejnymi dwoma koncertami, które bardzo chciałem zobaczyć były właśnie występy VADER i DEATH ANGEL, niestety oba koncerty nałożyły się na siebie. W rezultacie goniłem od sceny do sceny, by zrobić zdjęcia i choć chwilę oglądnąć oba występy. Oczywiście mogłem wybrać jeden koncert i zostać na nim do końca, nie była to łatwa decyzja, tym bardziej że DEATH ANGEL ostatni raz był w naszym kraju 6 czy 7 lat temu, a VADER celebrował rocznicowo wydanie albumu Litany, grając po całości zawartość tego dzieła, w dodatku na trzy gitary z Mauserem jako gościem specjalnym.

Koncert DEATH ANGEL rozpoczynał się 15 minut przed VADER, dlatego poleciałem do fosy Shrine Stage, by porobić trochę fotek i potem polecieć na show olsztynian. Uwierzcie, nie było łatwo opuszczać koncert, kiedy słyszysz takie hity jak Mistress of Pain, Voracious Souls czy I Came for Blood, a właśnie wtedy musiałem wyskoczyć na VADER. Jak się potem okazało, mogłem zostać jeszcze jeden numer, bo na VADER wpuszczano do fosy od drugiego kawałka, ponieważ było sporo fajerwerków na początku występu. Sam koncert VADER to było zniszczenie, choć świetlik, który oświecał tą scenę powinien strzelić sobie w łeb. Najlepiej z armaty, bo aby tak spektakularnie skopać koncert, trzeba być naprawdę nieudacznikiem. Dlatego po kilku pierwszych numerach poleciałem na DEATH ANGEL, by załapać się na kilka ostatnich kawałków. A można było uniknąć takiej nakładki koncertów, wystarczyło przedzielić oba występy zespołem z innego gatunku muzyki, dzięki czemu oba zespoły zyskałyby więcej publiczności, a fani zobaczyliby oba koncerty, które były naprawdę niesamowite, nie licząc problemów z brakiem powietrza w Shrine Stage.

Koncert APOCALYPTICA oglądaliśmy na leżaczkach, zbierając siły na nadchodzące koncerty, na które czekaliśmy z niecierpliwością.

Zanim BLOOD FIRE DEATH pojawił się na Park Stage, zobaczyliśmy koncert PENTAGRAM, który jak zwykle wprasował nas w podłoże. Oglądałem ten band kilka dobrych razy i zawsze było to coś niezwykłego. Nie wiem, jak robi to Bobby Liebling, mimo już dość leciwego wieku (71 lat) cały czas potrafi zaskoczyć swoją formą. Tak też było i tym razem. Koncert PENTAGRAM naprawdę zrobił powalające wrażenie.

Nie ukrywam, że na ten występ w hołdzie BATHORY czekałem najbardziej. Zwłaszcza że nie było mi dane pojechać do Norwegii na Beyond The Gates Fest. Prawdę mówiąc, byłem pełen obaw, że był to jednorazowy koncert i nigdy już nie będzie mi dane zobaczyć tego na własne oczy. Na szczęście tym projektem było zbyt duże zainteresowanie, dlatego BLOOD FIRE DEATH zaczął grać na różnych festiwalach, przyszedł i czas na Mystic Fest, za co jestem bardzo wdzięczny organizatorom i oto już za chwilę miały popłynąć na żywo klasyczne dzieła z repertuaru WIELKIEGO BATHORY. Byłem niezwykle podekscytowany tym wydarzeniem, mając przy tym pewne obawy czy aby na pewno BLOOD FIRE DEATH sprosta presji i oczekiwaniom fanów BATHORY. Jak się potem okazało, koncert był udany, choć było kilka elementów, jak chociażby żeński chór, który totalnie nie pasował do występu, poza tym rozjeżdżał się i fałszował, dodatkowo oprawa świateł na Park Stage dawała wiele do życzenia, kolejny raz spartaczył to świetlik. Dobra, skupmy się na pozytywnych aspektach tego spektaklu będącego hołdem dla mistrza Quorthona i jego WIELKIEGO BATHORY. Oto rozpoczęło się misterium, zabrzmiały pierwsze takty akustycznej gitary poprzedzające A Fine Day to Die, cała scena spowita we mgle, z ogromnym tłem będącym reprodukcją niezwykłego obrazu „Åsgårdsreien” (1872) norweskiego malarza Petera Nicolai Arbo, zdobiącego czwarty album BATHORY – Blood Fire Death. Robiło to powalające wrażenie, całość potęgowała niezwykła scenografia, nawiązująca do symboliki znanej nam z wydawnictw BATHORY. Było to zwieńczeniem moich marzeń, dreszcze emocji i dziwny ekstatyczny stan uniesienia towarzyszącego mi przez cały koncert, narastały z każdą chwilą, to było coś mistycznego; oto było mi dane usłyszeć klasyczne utwory BATHORY w wersji koncertowej. Przed wyjazdem na Mystic Fest oglądałem na YouTube

zapis koncertu z Bergen, gdzie BLOOD FIRE DEATH zagrało na Beyound The Gates Fest w roku 2024 tak, że mniej więcej wiedziałem, czego mogę się spodziewać i choć w Gdańsku nie było tylu wokalistów co w Norwegii, to i tak ten koncert poraził mnie swoją autentycznością. Szalejący tłum pod sceną niczym morze głów wirował w takt A Fine Day to Die. Atmosferę tego niezwykłego utworu zaburzał nieco żeński chór, który mi tu totalnie nie pasował, na szczęście to tylko mały fragment introdukcji. Kolejnym ciosem były takie tuzy jak The Rite of Darkness i Possessed zaśpiewane przez Apollyona z AURA NOIR.

Surowość tych utworów idealnie współgrała z jego buńczuczną barwą głosu, całość zagrana ultra wściekle i złowieszczo, ależ to było opętańcze i złe – szok!; i choć gitarowe sola Blasphemera nie oddały wiernie oryginalnej wersji, nie było to aż tak rażące. Zanim rozbrzmiał kolejny utwór, wszędzie było słuchać skandowanie BATHORY!, BATHORY!, BATHORY!, ależ było to niezwykłe przeżycie, a kiedy pojawił się na scenie Erik z WATAIN, wiedziałem czego mogę się spodziewać. Oto wybrzmiały pierwsze takty Enter the Eternal Fire ze snopami ognia na scenie, poraziła mnie moc tego wykonania. Under the Sign of the Black Mark to album ze wszech miar uważany przez wielu za Black Metalową Biblię będącą pierwowzorem prawdziwego Black Metalu, a w takiej koncertowej wersji Enter the Eternal Fire to istne szaleństwo. w tym numerze duch Quorthona był tu bez zwątpienia obecny. Po zakończeniu kawałka Erik zapowiedział gościa specjalnego w postaci pierwszego basisty BATHORY Fredricka Melandera. To było niezwykłe usłyszeć na żywo Sacrifice i The Return of Darkness and Evil z udziałem tego muzyka. przy Sacrifice odjechałem, ależ było to podniecające usłyszeć ten numer w wersji live. Erik siał wokalne zniszczenie, ten numer w wersji koncertowej nabiera totalnie złowieszczego charakteru. Przy The Return of Darkness and Evil szaleństwo sięgnęło zenitu, trudno było ustać spokojnie na miejscu, słuchając tego Czarciego Hymnu; słuchając tego kawałka, byłem w wpiekłowzięty. Kolejnym gościem tego koncertu okazał się Nergal, który zaśpiewał sztandarowy numer z repertuaru BATHORY Raise the Dead. Przyszedł czas na Shores in Flames i tu żeński chór znowu nieco zaburzył klimat tego utworu, tym bardziej że momentami totalnie się rozjeżdżał i fałszował, szczególnie w wyższych partiach. Na szczęście te żeńskie wokalizy nie pojawiały się na tym koncercie zbyt często. Kolejny strzał pomiędzy oczy to Call From the Grave i tu było totalne Piekło, a za perkusją Faust siał masowe zniszczenie. Born for Burning z Attilą na wokalu to kolejna niespodzianka. Prawdę mówiąc, spodziewałem się udziału Satyra, tak czy inaczej Attila stanął na wysokości zadania. Kolejny numer tego wieczoru z udziałem Erika z WATAIN to Woman of Dark Desires i tu nie było wątpliwości z jakim maniakiem BATHORY mamy do czynienia. Całość setlisty tego wieczoru wieńczył tytułowy Blood Fire Death z tymi nieszczęsnymi żeńskimi zaśpiewami, które rozpieprzały skutecznie całą atmosferę tego numeru. Mam nadzieję, że na Brutal Assault tego chóru już nie będzie. Erik kolejny raz udowodnił podczas wykonywania tego sztandarowego numeru, że jest prawdziwym oddanym bez reszty wyznawcą BATHORY.

Zabrakło mi na tym koncercie obecności Satyra, Nocturno Culto czy Cristera Olssona z EREB ALTOR. Tak czy inaczej, zobaczenie tego spektaklu i usłyszenie tych klasycznych dzieł BATHORY w wersji live było dla mnie wielkim przeżyciem. Cieszę się, że w sierpniu będę miał powtórkę tego wydarzenia w Czechach. Po tym koncercie postanowiłem zrezygnować z dalszej części festiwalu, odpuszczając sobie występ SEPULTURY, TIAMAT i I AM MORBID, by nie zaburzać w pamięci tego wyjątkowego koncertu, który poraził mnie swoją mocą, pozostawiając po sobie spory niedosyt. Cóż, cieszmy się tym, co było nam dane zobaczyć i usłyszeć. To był jeden z fajniejszych dni tego festiwalu, wracaliśmy do hotelu niezwykle podekscytowani tym występem. Niestety wszystko, co dobre kiedyś się kończy i przyszedł czas powrotu do domu. Liczę, że za rok zobaczymy się tu znowu. Do zobaczenia na kolejnym Mystic Fest!
NecronosferatuS





