Niestety nie wszystko w festiwalowej machinie grało – chodzi o pomoc w zorganizowaniu wywiadów przez osoby, które są za to odpowiedzialne na festiwalu. Bardzo chcieliśmy zrobić wywiady z DARK ANGEL, KERRY KING, OVERKILL. Szkoda, bo taki festiwal powinien umożliwiać dotarcie do zespołów dziennikarzom, w końcu to promocja dla zespołów i festiwalu. Cóż, liczę, że w przyszłym roku z wywiadami np. DEATH ANGEL, TRIPTYKON już problemów nie będzie?
Dzień drugi festiwalu rozpocząłem od dwóch koncertów na scenie Octagon. Mowa o występie CRYPT SERMON i czeskich klasyków gotyckiego metalu, XIII STOLETI. Ci pierwsi pochodzący z USA grają całkiem ciekawy epic doom metal. Koncert wydawał się bardzo ciekawy, choć panowie mieli spore trudności z pełną ekspresją na tak małej scenie. Tak czy inaczej, koncert uważam za udany, zgromadził pod sceną sporą gawiedź fanów, lecz tak naprawdę dopiero po ich koncercie zrobił się prawdziwy ścisk, udowodniając, żeXIII STOLETI ma tu naprawdę oddaną rzeszę wyznawców.
Zespół zagrał co prawda tylko 5 numerów, ale za to jakich! Między inymi Frankenstein i zamykający całość Elizabeth. Wydaje się, że ten koncert pozostawił wśród fanów spory niedosyt. Tak czy inaczej, na pewno występ podobał się publiczności.
W repertuarze tego dnia był też koncert OBITUARY świętującego 35-lecie Cause of Death. To chyba wystarczający powód, by to obejrzeć, nie uważacie? Choć sam gig nie rozpoczął się od numerów z wyżej wymienionego krążka, to za sprawą bujającego Redneck Stomp idealnie pasował na ruszenie opasłego cielska bestii w ruch. Ten numer idealnie pasował na pierwszy strzał, po nim poleciały kolejno Threatening Skies, The Wrong Time, aby w końcu wyłonić numer z jubileuszowego krążka Infected. Zespół każdym kolejnym numerem wciskał szalejący tłum w podłoże.

Zabrzmiały Body Bag, Dying, Cause of Death. Oczywiście nie zabrakło coveru CELTIC FORST Circle of the Tyrants. Kocham ten numer! Kolejne uderzenie, po którym znacznie miękną kolana to Chopped in Half / Turned Inside Out. Następnie pojawiły się jeszcze dwa numery na dobicie: I’m in Pain i Slowly We Rot. W sumie dwanaście ciosów, po których nawet mistrz wagi ciężkiej nie ma szans utrzymać się na nogach, co strzał to knock-out!!!!! Ten koncert wymazał w mojej pamięci ich ostatni występ, który widziałem również na Brutal Assault jakiś czas temu. Tym razem dostałem solidną dawkę śmiercionośnego metalu, jaki kocham bezgranicznie, to był doby występ.

O 23:15 miał się rozpocząć koncert, który uważam za jeden z ważniejszych dla mnie. Chodzi oczywiście o występ BLOOD FIRE DEATH, który co prawda widziałem na Mystic Festiwal, ale nie mogłem sobie odmówić przyjemności ponownego obcowania z muzyką BATHORY na żywo. Ślęcząc pod sceną, czas oczekiwania dłużył mi się niemiłosiernie. Spoglądając na jej deski, trochę się zmartwiłem, że tym razem nie ma pełnej scenografii, którą było mi dane oglądać w Gdańsku, choć tak naprawdę liczyła się tu przede wszystkim muzyka. Cała reszta wydawała się mniej istotna, choć oprawa koncertu nie jest tu również bez znaczenia.

W trakcie intro do A Fine Day to Die przeszedł przez scenę zakapturzony chór, jedna z kobiet zapaliła ogień w obu czarach mieszczących się u podnóża perkusji. Miało to bez wątpienia symboliczny charakter i wnosiło w ten spektakl coś z teatralności. Na wokalu tym razem wystąpił Gaahl. Cóż, nie ukrywam, że jego wykonanie nie zrobiło na mnie tak wielkiego wrażenia, jak miało to miejsce podczas koncertu projektu w Gdańsku, gdzie wykonał ten numer Erik z WATAIN. Tak czy inaczej, było miło usłyszeć ten wiekopomny numer w wersji live. Kolejny sztandarowy numer zagrany tego wieczoru to Possessed zaśpiewny przez Apollyona. Kocham The Return of the Darkness and Evil, dlatego ten numer był mi szczególnie bliski na tym koncercie i zabrzmiał powalająco. Chwilę po wybrzmieniu ostatnich taktów Possessed na scenie pojawił się Erik z kolejnym sztandarowym numerem BATHORY, z wiekopomnego dzieła Under The Sign Of Black Mark. Mowa o zagranym podczas pokazu języków ognia Enter the Eternal Fire. Nie ukrywam, że wszystkie numery wykonane tego wieczoru przez Erika sprawiły mi ogromną radość, była w tym ogromna pasja, żarliwość i oddanie, jakimi darzy je Erik. Niestety po trzech pierwszych numerach musieliśmy opuścić fosę.

Szkoda, że setlista nie została ustawiona nieco inaczej tak, aby móc zobaczyć z bliska i porobić fotki gościowi specjalnemu, który współtworzył pierwszy skład BATHORY, mowa o Fredericku „Freddan” Melanderze, który tym razem wykonał na scenie dwa numery BATHORY: The Return of the Darkness and Evil oraz Raise the Dead. To było dla mnie niezwykłym przeżyciem, móc ponownie usłyszeć te nieśmiertelne numery w wersji live. Chłonąc całym sobą te numery, miałem nieodparte wrażenie, że duch Quorthona jest tu wszechobecny. Nie był to jednak koniec uniesień. Oto ponownie na scenie pojawił się chór, chwilę potem rozbrzmiała pierwsza akustyczna introdukcja do Shores in Flames, wspierana jego głosami. Wokalami zajął się tym razem Apollyon, który naprawdę odwalił tu kawał dobrej roboty. Kolejny hymniczny numer tego wieczoru to Call From The Grave. Niestety nie udało mi się odgadnąć, kto tym razem zaśpiewał w tym numerze. Stawiam, że to Wraath z DARVAZA, ale mogę się mylić. Za to numer został zagrany naprawdę z tym typowym dla BATHORY patosem, to była prawdziwa przyjemność móc rozkoszować się tym utworem w wersji live. Kolejny cios to Born for Burning, tym razem zaśpiewany przez Attilę (MAYHEM/ TORMENTOR) i tu cały czas miałem ciary na plecach. Euforia nieprzerwanie wypełniała mnie po brzegi, a kiedy usłyszałem pierwsze takty Woman of Dark Desires, oszalałem!! Oczywiście na wokalu Erik Danielsson. Ależ ten numer kosił wszystkich, coś niesamowitego.

Ostatni kawałek zmykający koncert to oczywiście Blood Fire Death, również z Erikiem na wokalu. Ten numer skąpany w językach ognia siał masową zagładę, choć chór uważam, że był tu zbędnym elementem zaburzającym istotę tego utworu. Cóż, tak czy inaczej, cieszę się, że mogłem uczestniczyć jako widz w tym niezwykłym hołdzie dla nieśmiertelnego BATHORY. Na koniec poleciało outro w postaci Hammerheart ze znanego i wielbionego przez nas Twilight of the Gods. Towarzyszyły temu łzy wzruszenia, duch Quorthona był tu obecny. Po tym koncercie nie miałem już ochoty na oglądanie czegokolwiek, by nie zaburzyć sobie w pamięci tego wyjątkowego spektaklu. Do dziś trudno mi się pozbierać po tym koncercie, to było coś jedynego w swoim rodzaju. Chciałoby się więcej koncertów BLOOD FIRE DEATH. Pozostaje czekać na kolejny ich występ. Ci, którym nie udało się tego jeszcze zobaczyć, muszą koniecznie to nadrobić!!!!!!!!!!

Dzień trzeci rozpocząłem od koncertu ASPHYX. Jak potem się okazało było do przewidzenia, że panowie jeńców nie biorą i zrobią niezły rozpierdol na scenie, ale jak mogło być inaczej, skoro zaczyna się koncert od takich szlagierów jak Molten Black Earth, poprzedzonym intro Vermin. Śmiercionośny puls z intensywnością zarazy rozprzestrzeniał się pod sceną, sprawiając, że zbity tłum głów falował niczym sztorm, by przy Death the Brutal Way podnieść wrzenie erupcji szaleństwa. Nie oszczędzając nikogo, kolejny cios stalowym młotem w potylice to Asphyx (Forgotten War) i tu nie było zmiłuj się, nie dając chwili wytchnienia już mocno nakręconej publiczności. I trach!, kolejny sznyt – Deathhammer, ależ to rozpierdol! Ten band koncertowo to prawdziwa machina zagłady, a tu w arsenale jeszcze takie strzały jak Knights Templar Stand, The Nameless Elite, Forerunners of the Apocalypse. Mało wam?, no to jeszcze na dobicie The Rack i zamykający całość Last One on Earth. Po takiej porcji śmiercionośnej muzyki można było się spodziewać zbitej trupiej masy poniewierających się ciał, to był istny deathmetalowy pogrom! Holendrzy pokazali, jak powinno się grać prawdziwy staroszkolny death metal.

Nie ukrywam, że po koncercie GRAVE wiele sobie obiecywałem, tym bardziej że tym razem GRAVE miał wstąpić w pierwszym składzie, a setlista prezentowała się zacnie. Na pierwszy strzał poszły takie tuzy jak Into the Grave, Day of Mourning, Turning Black czy You’ll Never See i choć panowie przygotowali naprawdę zajebista setlistę, to czegoś mi w tym brakowało. Może zbyt mało numerów z debiutu? Ale czy tylko chodzi o setlistę? Na pewno nie, po prostu tym razem był to słabszy koncert i tyle.

Kolejny strzał, na który czekałem z niecierpliwością to występ OVERKILL. Zawiesiłem się na oglądaniu merchu i w ostatniej chwili zorientowałem, że za chwilę chłopaki rozpoczynają muzyczne szaleństwo. Poleciały Scorched, morderczo zagrany Rotten to the Core – ależ ten numer ciągle potrafi człowiekiem sponiewierać, a przecież w tym roku Feel the Fire świętuje swoje 40t-lecie. Atmosfera z każdym numerem coraz bardziej przypomina erupcję wulkanu, dlatego nie powinno nikogo dziwić, że publiczność oszalała. Jednak jak tu nie szaleć przy takich hitach jak Bring Me the Night, Hello From the Gutter czy Deny the Cross. to istna setlista marzeń. Zresztą nigdy nie zawiodłem się na OVERKILL, ten band zawsze koncertowo porażał mnie energią i choć Blitz już tak nie szleje na scenie, jak niegdyś, cały czas ustawia wszystkich po kątach. Nie zabrakło również nieco nowszych numerów jak The Surgeon czy Ironbound, choć nie ukrywam, że sprawiły mi największą frajdę takie hity jak: Elimination, In Union We Stand, wspomniany wcześniej Rotten to the Core czy Fuck You.

Po tym występie chodziłem jak porażony prądem, nie mogąc przestać o nim myśleć. Obok sztuk DARK ANGEL, KERRY KING, BLOOD FIRE DEATH, był to jeden z najciekawszych koncertów tegorocznej edycji Brutal Assault!!!!

Koncert MAYHEM znudził mnie niemiłosiernie. Tak naprawdę koncert zaczął się dla mnie dopiero od 7. numeru Freezing Moon. Wcześniej zagrane kawałki z nowszych dokonań MAYHEM kompletnie do mnie nie przemawiały, ale jak mogą konkurować takie numery jak Malum, Sdywar Illuminate Eliminate ze wspomnianym powyżej Freezing Moon, De Mysteriis Dom Sathanas, Funeral Fog, Deathcrush, Carnage czy zamykającym całość Pure Fucking Armageddon. Żaden nowy numer nie ma szans w starciu z tymi klasycznymi hitami. Sam koncert wypadł nieźle, ale dużo lepiej byłoby rozpocząć występ klasyką i dopiero stopniowo wprowadzać numery z późniejszego okresu działalności MAYHEM. Cóż, jakoś przetrwałem ten koncert tylko dlatego, że pod koniec pojawiły się moje ulubione numery.

Kolejny koncert, którego obejrzałem fragment bardziej z ciekawości niż potrzeby serca, to DIMMU BORGIR. Niestety czas niezbyt łaskawie obszedł się z tymi utworami i choć ekipa Nagasha wyciągnęła potężną artylerię w postaci takich hitów jak Moonchild Domain, Interdimensional Summit czy In Death’s Embrace jak dla mnie było to do przesłodzone i bardzo szybko zmuliło mnie to kinder metalowe granie. Dlatego dość szybko opuściłem koncert, by udać się na spoczynek. Co ciekawe występ DIMMU BORGIR przyciągnął sporą rzeszę fanów, a więc wnioskuję, że wielu ludziom ten występ się podobał. Cóż jak dla mnie była to parodia Black Metalu.
Ostatni, dzień czwarty festiwalu rozpocząłem od występu EXHORDER, który było mi dane już kilka razy oglądać m.in. na BA. Cóż, zbyt mało było tym razem klasycznych numerów ze Slaughter in the Vatican. Jeden Desecrator to zdecydowanie za mało jak dla mnie.
Setlista PROTECTOR wydawała mi się znacznie bardziej atrakcyjna. Misanthropy, Golem, A Shedding of Skin czy Holy Inquisition to kilka z tych numerów, które chciało się usłyszeć a przecież niebyły to jedyne numery zagrane przez Niemców tego dnia. Niestety tym razem brakowało mi tej niezwykłej energii, która zwykle towarzyszy wstępom tej kapeli, czuło się jakieś zmęczenie. Cóż, każdy artysta może mieć słabszy dzień. Tak czy inaczej, było bardzo miło zobaczyć kolejny raz PROTECTOR na żywo.

Koncert BRUJERIA zobaczyłem bardziej z ciekawości i nie ukrywam, że bardzo mnie ten gig umęczył. To totalnie nie moja bajka, nie rozumiem fenomenu tej kapeli, bo zgromadziła całkiem sporą rzeszę publiczności, choć muzycznie kompletnie mnie to nie porwało. Widać są gusta i guściki, a o tych się nie dyskutuje. To, że jest tak wielka różnorodność muzyki na Brutal Assault sprawia, że każdy znajdzie coś dla siebie ciekawego, a przecież o to chodzi.

Kolejny gig, który mnie bardzo rozczarował to występ UNLEASHED i tu nie chodzi bezpośrednio o setlistę, bo znalazło się tu kilka interesujących numerów jak Destruction (Of the Race of Men), Shadows in the Deep czy Into Glory Ride, ale ten występ stracił na swoim impecie. Brakowało w tym tej śmiercionośnej energii, która potrafi powalić bestie na kolana. Koncert Szwedów był po prostu przyzwoicie odegrany, ale nie było w tym zbyt wiele emocji i szaleństwa. Cóż, może to po prostu PESEL daje sobie znać, w końcu Johnny to mój rówieśnik, w tym roku obchodzi swoje 57. urodziny. Ależ ten czas bezlitośnie zapierdala.

MALEVOLENT CREATION wypadł niezbyt dobrze, ponieważ zgrał w okrojonym składzie na jedną gitarę. Momentami ten brak bardzo doskwierał tym numerom, trochę szkoda. No ale cóż, nie zawsze dostajemy to co nas interesuje. Zmęczony tym koncertem postanowiłem, zanim rozpocznie się występ AGNOSTIC FRONT pojechać do hotelu i chwilę odpocząć. jak się potem okazało, niebyła to najlepsza decyzja, bo po prostu przespałem ich koncert, a na DARK FUNERAL o tak nieludzkiej godzinie już mi się nie chciało dotrwać. To samo, jeśli chodzi o koncert HELLBUTCHER, który miał rozpocząć się o 2:00 nad ranem.
Plus jest taki, że wstałem w niedzielę wcześnie rano rześki i wypoczęty i mogliśmy ruszać w drogę powrotną. Cóż, wszystko, co dobre kiedyś się kończy. Z pewnego rodzaju smutkiem, ale i nadzieją opuszczałem Josefov, układając sobie w głowie, co też może pojawić na XXIX edycji za rok, a zapowiada się już całkiem nieźle – pierwsze ogłoszenia to m.in. TRIPTYKON, DEATH ANGEL, DEICIDE. A to dopiero początek! To co, widzimy się za rok? Serdecznie pozdrawiam całą ekipę Brutal Assault oraz wszystkich maniaków metalowego łomotu!!
NecronosferatuS