Przejdź do głównej treści

OLDSCHOOL METAL MANIAC

BRUTAL ASSAULT 2024

 

Piszę tę relację, kiedy już nieco opadły emocje, a było ich w tym roku co niemiara i powiem Wam, że z perspektywy czternastu edycji, które było mi dane widzieć, XXVII wydaje się błyszczeć nad wyraz intensywną barwą złota. Ta edycja moim zdaniem była chyba jedną z najciekawszych, jakie było mi dane widzieć. BRUTAL ASSAULT z roku na rok rośnie w siłę, strach pomyśleć co przyniesie kolejna odsłona. Można mieć pewność, że nie zawiedziemy się. 😉

Dzień pierwszy.

Na miejsce przyjechaliśmy dzień wcześniej, aby pierwszy dzień festiwalowy rozpocząć dość wcześnie. Pierwszym zespołem, który chcieliśmy zobaczyć, był SKELETAL REMAINS, który zaczął dość wcześnie, bo o 11:30.
Była to konkretna porcja brutalnego death metalu, który potrafił wyrwać z sennego letargu wczesnych godzin najbardziej opornych. Panowie dali całkiem udany koncert, tym samym otwierając festiwalowe szaleństwo i przygotowując wszystkich na występ legendy teutonic thrash metalu – EXUMER, którego nie widziałem całe lata.
 
Machina ruszyła chwilę po 12:00. Od razu konkretnym strzałem w postaci The Raging Tides, a po nim Hostile Defiance, rozkręcając całkiem niezły młyn pod sceną i choć była to dość wczesna pora, zgromadziło się trochę maniaków spragnionych thrash metalowej jazdy bez trzymanki.
 

Nowe numery sprawdzają się doskonale na żywo, ale tak naprawdę wszyscy przyszli napawać się takimi numerami, jak Journey to Oblivion, Fallen Saint czy zamykający całość koncertowego seta Possessed by Fire. Na dziewięć kawałków, moim zadaniem za dużo było nowych numerów, dlatego ten koncert pozostawił u mnie mały niedosyt. Oczywiście Raptor, Vermin of the Sky to solidna porcja koncertowego szaleństwa, ale spodziewałem się więcej klasyków.

 

Poza tym zabrakło tu numeru Rising from the Sea, który bezgranicznie wielbię.

Z drugiej strony, grając 30-minutowy set trudno spodziewać się, że usłyszy się wszystko, co by się chciało, taki to minus festiwalowych występów niestety.

 

Mem von Stein, choć szalał na scenie jak opętany, niestety wokalnie tym razem nie dawał rady. Mam nadzieję, że to chwilowa niedyspozycja, bo bardzo lubię tego wokalistę, ale tego dnia niestety nie był w stanie w pełni stanąć na wysokości zadania, dlatego tym bardziej mam mieszane odczucia względem tego koncertu.

O 12:40 ruszył koncert belgijskiego EVIL INVADERS i tu było sporo scenicznej energii.

Panowie dwoili się i troili, by wykrzesać z siebie jak najwięcej powera. Zespół tym razem przygotował siedem numerów.

Niestety przede wszystkim z nowego repertuaru i choć koncert był bardzo dynamiczny, zabrakło mi kilku sznytów, a takie numery jak In Deepest Black nie do końca pasowały, tym bardziej że na koncertach ludzie wolą bawić się przy szybkich speed metalowych numerach, a nie balladach.

 

Na szczęście pojawiły się również bardziej dynamiczne kawałki jak na przykład Sledgehammer Justice. Zabrakło mi w setliście numerów z debiutu Pulses of Pleasure. Jest to trochę niepokojące, czyżby zespół odcinał się od swoich speed metalowych korzeni, zmiękczając swoją muzykę? Oby nie, bo w tym zespole lubiłem ich zadziorność. Było w tym tyle energii, teraz bez pazura ,  ten band będzie zwykłym heavy metalowym bandem jakich wiele. Na koncercie oczywiście EVIL INVADERS daje radę wykrzesać z siebie tę energię, ale nowe numery już nie są takie drapieżne. 

Kolejny koncert, na który bardzo czekałem to występ CANDLEMASS. Pierwotnie doszły mnie słuchy, że Szwedzi mają zamiar zagrać w całości swój wiekopomny debiut Epicus Doomicus Metallicus. Było to wielce prawdopodobne, skoro w składzie pojawił się Johan Längqvist.

Ostatecznie było mi dane słyszeć 3 utwory z tej płyty podczas tego występu. Pozostała część setlisty to m.in. Bewitched, Dark Are the Veils of Death czy Mirror Mirror. Fajnie było zestawić te wersje z numerami, które znamy z dokonań Messiah Marcolina.

 

Było to ciekawe, choć panowie dysponują zupełnie innymi skalami. Wykonanie Johana było dobre. Dodatkowym plusem tego koncertu była niemal euforyczna radość grania, czuło się to i to było super. Liczę, że za 2 lata, kiedy Epicus Doomicus Metallicus będzie obchodził swoje 40-lecie, zespół zagra wtedy ten album po całości.

 

Póki co było nam dane słyszeć Under the Oak, Crystal Ball, Solitude, co wzmogło tylko apetyt.

 

Po tegorocznym koncercie CULT OF FIRE, mając przed oczami zeszłoroczny występ tego zespołu, narobiłem sobie sporych apetytów.

Niestety tym razem jestem bardzo rozczarowanym. Pomysł, choć ciekawy odarł zespół z tajemniczości, która była ich ogromnym atutem. Ponadto eksperyment z orkiestrą moim zdaniem całkowicie był chybiony. Zdaję sobie sprawę, że to był niezwykle ambitny projekt, ale nie takie zespoły w tej materii zawodziły.

 

Wystarczy popatrzeć na koncert TRIPTYKON i ich Requiem (Live at Roadburn 2019), by wiedzieć, o czym mowa.

Nie jest sztuką wykorzystać na raz całe instrumentarium zgromadzone na scenie, orkiestra powinna dopełniać muzykę zespołu, podkreślać pewne linie melodyczne, tworząc tło – coś na kształt muzycznej mgiełki, a nie uderzać z pełną mocą, tworząc spory muzyczny dysonans.

 

Może, gdyby było to rozpisane na poszczególne instrumenty, jak miało to miejsce w koncertowym albumie UDO – We Are One, mogłoby to się sprawdzić, niestety w przypadku CULT OF FIRE wyszedł zbyt wielki chaos. Rozumiem, że panowie z CULT OF FIRE chcieliby być drugim MASTER’S HAMMER, ale aby to osiągnąć, przed nimi jeszcze daleka droga. Nie dotrwałem do końca tego koncertu i przez to nie zobaczyłem LAIBACH, który jak się potem okazało, zagrał fenomenalny koncert.

 

Dzień piąty i ostatni festiwalu rozpoczęliśmy tym razem dość późno, bo o 16:00. Koncert PESTILENCE jakoś mnie nie porwał.

Spodziewałem się jednak czegoś więcej po tym zespole i choć nie był to zły gig, to jednak widziałem kilka ich koncertów ze zdecydowanie fajniejszą setlistą. Poza tym trudno było zestawić ten gig z tym, który miał objawić się po PESTILENCE – mowa o koncercie SADUS, który ostatni raz widziałem we Wrocławiu w 1991 roku podczas wspólnej trasy z MORBID ANGEL i UNLEASHED i choć z pierwotnego składu w zespole zostali tylko Darren Travis i Jon Allen strasznie jarałem się tym występem. Na gitarze wspierał tą dwójkę Claudeous Creamer.

Liczyłem trochę po cichu, że na basie zagra z chłopakami Steve DiGiorgio, stało się jednak inaczej. Tak czy siak, choć sam set składał się zalewie z 6 numerów, nieźle mną sponiewierał. Jako pierwszy poleciał Sadus Attack i prawdę mówiąc, liczyłem na znacznie więcej starych numerów.

Z drugiej strony rozumiem, że po tak długiej przerwie wydawniczej zespół stara się promować ostatnie swoje dzieło. 40-minutowy set to spore ograniczenie, no ale pierwszy zamykający całość koncertu Certain Death był swoistą klamrą, która to ładnie spinała.

 

Oczywiście numery z The Shadow Inside na koncercie wyszły bardzo zgrabnie. Taki First Blood czy The Shadow Inside, to koncertowe sztosy.

Mimo to większość z nas była spragniona przede wszystkim klasycznych numerów SADUS. Tak czy inaczej, ten koncert wypadł bardzo dobrze.

 

Kolejny koncert, który bardzo chciałem zobaczyć, to występ TERRORIZER. Tym bardziej że strasznie pomstowałem, iż nie zobaczyłem ich występu na Mystic Festival, no ale wtedy wygrała miłość do teutońskiego heavy metalu, czyli ACCEPT.

Wiele dobrego słyszałem o gdańskim koncercie TERRORIZER, dlatego, kiedy było już wiadome, że Amerykanie zagrają w tym roku na BRUTAL ASSAULT, postanowiłem tym razem nie przegapić tego wydarzenia.

Jak potem się okazało, była to TOTALNA DEVASTACJA!!!!!!!!!!! Brian Werner (ex-VITAL REMAINS) sprawdził się w 666% jako wokalista zespołu, godnie zastępując Oscara Garcia.

 

Po koncercie TERRORIZER pojawił się pierwszy zgrzyt – otóż koncert GRAND MAGUS nałożył się na występ HIRAX.

 

W rezultacie było mi dane widzieć dwa numery Szwedów, po czym poleciałem na małą scenę Obscure, by zobaczyć HIRAX, którego już bardzo dawno nie było mi dane oglądać na żywo. Niestety, kiedy dotarłem na miejsce, koncert już rozkręcił się na dobre, z trudem przedarłem się przez niemały tłum, by dostać się do barierek celem zrobienia kilku zdjęć i bycia bliżej całego koncertowego zamieszania, które rozpętał Katon W. de Pena szalejący na scenie niczym wulkan energii.

 

Wszędzie było go pełno, szalał niczym nastolatek, zarażając tłum tą niezwykłą witalnością.

To, co działo się pod sceną, to istne szaleństwo. Był to bez wątpienia jeden z najfajniejszych koncertów tego festiwalu, po jego zakończeniu bardzo ubolewałem, że nie poszedłem na ich gig dzień wcześniej w Krakowie.

HIRAX dość dawno nie odwiedzał Europy, dlatego powinienem zobaczyć oba koncerty. Niestety stało się, jak się stało.

 

Po występie HIRAX miałem chwilę wytchnienia, co przydało się, bo dzień jeszcze się nie kończył, a już było tyle emocji, że szok.

Kolejny gig, który było mi dane oglądnąć, to występ DEICIDE, które ostatnio dość często nawiedza stary kontynent. DEICIDE grało również na poprzedniej edycji Brutal Assault, ale komu to przeszkadza, skoro zespół wykonywał w całości Legion + best off najtotalniejszych numerów w swojej śmiercionośnej setliście?

 

Kolejny gig tego wieczoru to występ EXODUS. Ależ to był koncert, coś niesamowitego, ale jak tu się nie podniecać, kiedy gig rozpoczyna się od takiego numeru jak tytułowy Bonded by Blood?

Zresztą nie był to jedyny numer z tej płyty zagrany tego wieczoru. Jak tu się nie cieszyć, kiedy chłopaki zagrały And Then There Were None czy zamykający całość Strike of the Beast. Oczywiście nie samym Bonded By Blood człowiek żyje, choć nie ukrywam, że te numery doprowadziły mnie do skrajnego szaleństwa.

 

Cieszę się, że nie odpadł mi łeb od headbangerki, którą uskuteczniałem przy tych kawałkach.

Na drugi dzień myślałem, że kark mi eksploduje z bólu. EXODUS tego wieczoru zagrał przekrojowy set składający się z dwunastu mocarnych hitów zespołu w tym m.in. Deathamphetamine, Fabulous Disaster czy The Toxic Waltz. Miło było znów oglądać w składzie EXODUS Gary’ego Holta.

 

Zespół tętnił niezwykłą energią tego wieczoru, to był doskonały koncert.

 

Kolejny wart odnotowania gig na małej scenie Obscure to wysęp TRIUMPH OF DEATH. Jego występom towarzyszą wielkie emocje.

Zanim rozpoczął się koncert, z głośników płynęły numery DEAD CAN DANCE, tworząc odpowiednią atmosferę, a gdy rozbrzmiały pierwsze takty The Third of the Storms zrobiło się ekscytująco.

Ależ ten koncert sprawił mi wiele radości, usłyszenie ponownie na żywo takich numerów jak Massacre, Decapitator, Chainsaw, Reaper, Messiah to totalna jazda bez trzymanki. Nie zabrakło jednego numeru z repertuaru CELTIC FROST, chodzi o Visions Of Mortality.

Na koniec Tom wyciągnął ciężką artylerię, wieńcząc całość koncertu Triumph Of Death. Z pierwszymi taktami tego utworu niebo zaczęło płakać, stopniowo zmieniając się w niezłą ulewę. To był doskonały koncert, ale czy można było spodziewać się innego, skoro nad wszystkim czuwał mistrz ceremonii Tom Gabriel Warrior?

 

Tego wieczoru koncertem oglądanym w strugach deszczu był występ ABBATH, który tym razem przygotował niezły set, składający się wyłącznie z numerów IMMORTAL. Zgromadzeni przed sceną mogli usłyszeć m.in. Mount North, Norden on Fire, Damned in Black czy At the Heart of Winter. Oczywiście to nie wszystkie numery zagrane przez Abbatha i spółkę.

 

Po tym koncercie niestety nie dotrwałem do występów ARMORED SAINT i MORTUARY DRAPE. Trochę żałuję tych gigów, ale byłem totalnie przemoczony, do tego rozwaliły mi się buty, w rezultacie czego pozostałe dni festiwalu musiałem łazić w klapkach. Tak czy inaczej, nie żałuję, bo pierwszy dzień upłynął mi niezwykle intensywnie.

 

Dzień drugi.

Czwartek rozpocząłem od występu HAVOK. Doskonały gig, słuchając tych numerów, mam wrażenie, że EXODUS ma się czego obawiać, bo wyrosła im niezła konkurencja w postaci HAVOK, który mocno bryluje stylistycznie w klimacie dokonań EXODUS. Robi to naprawdę dobrze, widziałem ich koncerty kilka razy i zawsze była to solidna dawka thrash metalu. Tak było i tym razem.

 

Kolejnym punktem programu tego dnia był występ RIVERSIDE. Zespół, który pozornie nie pasował do formuły festiwalu, mimo to okazał się niezwykle ciekawym eksperymentem, który mimo deszczowej aury przyciągnął całkiem spory tłum fanów.

Jak potem się okazało, koncert warszawiaków okazał się jednym z ciekawszych punktów tego festiwalu. Jak widać, metalowa brać nie tylko ekstremalną muzyką żyje, potrafiąc docenić kunszt i atmosferę, którą udało się RIVERSIDE stworzyć swoim występem.

Zawsze na BRUTAL ASSAULT brakowało mi czegoś w rodzaju odskoczni od ekstremy festiwalowej. Kiedy MOTÖRHEAD zagrał na XVI edycji festiwalu, liczyłem, że będzie to kontynuowane, że pojawi się na kolejnych edycjach choćby jeden heavy metalowy band typu SAXON, GRAVE DIGGER, czy SATAN. Myślę, że koncert RIVERSIDE spełnił podobną rolę.

 

Choć zespół bynajmniej nie gra metalu – dał chwilę wytchnienia, świetnie przygotowując wszystkich na dalszą dawkę ekstremy.

 

Chwilę po występie RIVERSIDE pojawiła się na scenie legendarna death metalowa formacja INCANTATION! Ten band cieszy się wielką estymą, dlatego nie dziwi mnie fakt, że tak często jest zapraszany na ten festiwal. Ekipa Johna McEntee stanęła i tym razem na wysokości zadnia, dając swoim oddanym fanom sporą dawkę śmiercionośnego death metalu.

 

Po tym koncercie miałem chwilę wytchnienia, by spotkać się z przyjaciółmi i przygotować się na koncert FORBIDDEN, którego już nie widziałem dobrych kilka lat.

Sporym dla nas zaskoczeniem był fakt, że obok Craiga Locicero na gitarze gra na tym koncercie Daniel Mongrain, na co dzień udzielający się w VOIVOD.

Była to tak zwana wisienka na torcie, bo podejrzewam, że to była to chwilowa akcja.

 

Na pierwszy strzał poszły trzy numery z albumu Twisted into Form: Parting of the Ways, Infinite, Out of Body (Out of Mind).

To odpowiednio podgrzało atmosferę, by rozruszać pod sceną publiczność, a kiedy popłynęły numery z debiutu typu Off the Edge, Forbidden Evil, March into Fire czy Feel No Pain , rozpętało się pod sceną istne piekło.

Numery zagrane na tym koncercie wyssały ze mnie całą energię, ale jak tu nie szaleć, kiedy słyszysz takie kawałki. Doskonała forma Normana wyzwalała dodatkowe emocje, ten wokalista nic a nic nie stracił na wokalnej ekspresji.

Koncert FORBIDDEN był dla mnie kolejnym bardzo mocnym akcentem tego festiwalu. Cieszę się, że było mi dane znowu zobaczyć ich na żywo, to była prawdziwa przyjemność.

 

Kolejny koncert tego dnia, który udało nam się zaliczyć to występ CARCASS, który w ostatnim czasie było mi dane kilka razy oglądać. Tak czy inaczej, nie przeszkadzało mi to wcale, bo lubię ten band.

 

Następnym tego wieczoru był występ TESTAMENT i powiem Wam, że ten koncert był cholernie mocarny, ale jak mogłoby być inaczej, kiedy zespół od pierwszych taktów atakuje takimi numerami jak Eerie Inhabitants, The New Order, Apocalyptic City czy The Haunting, a przecież nie były to jedyne ciosy przygotowane w tym secie. Ogromna koncertowa dekoracja w postaci płótna, na którym rysowała się wyraźnie bitwa zastępów anielskich z demonicznymi, idealnie współgrała z całością.

 

W sumie tego wieczoru TESTAMENT zaprezentował czternaście numerów i był to arcy udany występ. Gitarowy duet Eric Peterson/ Alex Skolnick nieustannie walczył na scenie o dominację, siejąc gitarowe zniszczenie gitarowymi pojedynkami na solówki.

To było coś, co oglądało się z rozdziawioną gębą. Chuck w doskonałej formie z niezwykłą łatwością potrafił wykrzesać z tłumu szaleństwo, ale to nie powinno nikogo dziwić, skoro pojawiają się w repertuarze takie numery jak Over the Wall czy Raging Waters. Po takim koncercie trudno utrzymać pion, nogi miałem jak z waty, a tu przede mną miał być jeszcze SATYRICON.

 

SATYRICON było mi dane oglądać drugi raz w tym roku. Wcześniej zagrali na Mystic Festiwal i to był cholernie dobry gig, tego wieczoru było podobnie, choć tym razem Satyr nie szalał na scenie jak w Gdańsku. Tu raczej przechadzał się dostojnie po scenie niczym król, który dzierży berło władzy.
Biło od niego dostojeństwo i niezwykła siła. 
 
 
Dodatkowo wzmacniało klimat tło za perkusją – gigantycznych rozmiarów płótno autorstwa mistrza  Hieronima Boscha  THE HARROWING OF HELL ależ to  robiło niesamowite wrażenie 🙂  Oglądając tern koncert nie wiedziałem gdzie się paczyć na kapelę czy to niesamowite dzieło za perkusją  . Obraz idealnie  współgrał z muzyka SATYRICON   to było  niesamowite .
 
Tego wieczoru SATYRICON zaprezentował jedenaście swoich śmiercionośnych numerów, rozpoczynając całość koncertu atmosferycznym To Your Brethren in the Dark.
Po nim poleciały Forhekset i Now, Diabolical.
 
 
Z każdym kolejnym utworem gęstniała atmosfera, wszystko pulsowało nieprzeniknionym mrokiem, niemal czuło się smołę i siarkę, a Diabeł był tu obecny. Oczywiście nie mogło zabraknąć Mother North czy K.I.N.G. Na koniec polecał mocno zaakcentowany Hvite Krists død.
Po takim secie trudno było złapać dech. Dlatego nie zostałem na VOMITORY, kończąc tym koncertem drugi dzień festiwalowy.
Dzień trzeci rozpocząłem od występu LEGION OF THE DAMNED. Ostatni raz było mi dane oglądać ich koncert na Metal Fest w Jaworznie całe lata temu. Byłem ciekaw, jak wypadną tym razem i powiem Wam, że nawet dali radę, choć niestety Maurice Swinkels miał problemy wokalne. Nie wiem, czy wynikało to z problemów technicznych, czy też niedyspozycji wokalnej. Niestety trochę to rzutowało na jakość tego występu.
 
Natomiast koncert TOXIC HOLOCAUST nieźle pozmiatał, choć to trio zdecydowanie lepiej wypada na klubowych scenach niż na dużych festiwalocych.
Ich koncert był niezwykle energetyczny, ale jak mogło być inaczej gdy setlistę tworzyły m.in. takie numery jak Bitch, Wild Dogs, Acid Fuzz, War Is Hell czy In The Name of Science. Joel Grind od jakiegoś czasu szarpiący cztery struny basu – w doskonałej formie, to samo Rob Grey, który doskonale odnajduje się gitarowym szaleństwie. Novum w składzie to kolejny, chyba już 10. w historii zespołu perkusista.
 
 
Ten koncert wypadł niezwykle dynamicznie i pozostawił mały niedosyt, ale co zrobić takie zasady festiwalowe.
 
 
Po TOXIC HOLOCAUST czekałem z niecierpliwością na występ LEFT TO DIE i choć widziałem kilka razy ten band, nigdy dotąd nie był to występ w plenerze, zawsze to były klubowe występy.
 
Chciałem zobaczyć, jak wypadną na dużej scenie i powiem Wam, że się nie zawiodłem.
Jednakże co mogło pójść nie tak, skoro kapela przygotowała takie tuzy, jak Leprosy, Open Casket, Left to Die, czy Zombie Ritual. Zresztą to nie jedyne ciosy tego koncertu. W sumie LEFT TO DIE przygotował tym razem tylko dziewięć numerów z repertuaru nieśmiertelnego DEATH, wieńcząc całość koncertu takim strzałem jak Pull the Plug.
 
 
To była dzika rozkosz słyszeć na żywo te numery, tym bardziej że panowie odgrywają je po mistrzowsku, a wokal Matta Harveya do złudzenia przypomina barwę Chucka Schuldinera. Dzięki LEFT TO DIE duch Chucka jest ciągle żywy, to była ogromna przyjemność usłyszeć te utwory na żywo.

Kolejny show, który tego dnia zaliczyłem to IMPALED NAZARENE i tu trochę mnie zmuliło. Nie wiem, może to zbyt doskwierające słońce? A może po SADUS nie do końca muzyka Finów była czymś, czego potrzebowałem i choć wóz strażacki chłodził ludzi obfitym strumieniem, czuło się zmęczenie. Dlatego w połowie IMPALED NAZARENE poszedłem chwilę odpocząć. Żałowałem za to przespanego koncertu PRIMORDIAL. 

 

Mała scena zgromadziła niemałą publiczność, bo oto miał za chwilę zagrać norweski DØDHEIMSGARD.

Jak się potem okazało, był to jeden z ciekawszych koncertów tegorocznej edycji BRUTAL ASSAULT. To, co uskuteczniał na scenie Vicotnik przeszło moje najśmielsze oczekiwania.

 

To było jak niekończący się narkotyczny trip. Do tego wizualizacje wyświetlane podczas koncertu ryły nieźle beret. Było w tym coś mrocznego, mistycznego i niezwykle psychodelicznego zarazem. Trudno było oderwać się od tego.

 

Ten gig zapadnie na pewno wielu w pamięci jako coś niezwykle zjawiskowego i chorego zarazem. Takich koncertów na pewno się nie zapomina.

Chwilę po koncercie DHG miałem zobaczyć na dużej scenie BEHEMOTH.

 

Ten band koncertowo zwykle jest niszczący, tym razem jednak odczuwało się pewnego rodzaju zmęczenie i choć Nergal gonił po scenie, czegoś mi brakowało. Nieobecność Inferno nie była tu problemem, choć byłoby miło widzieć za grami zdrowego Zbycha.

Tym razem koncert nie miał tej energii co zwykle. Cóż, grając tak wiele koncertów, ma się prawo do zmęczenia i to było tym razem widać. W porównaniu do koncertu ubiegłorocznego na Mystic Fest ten prezentował się bardzo mizernie. Jednak po koncercie DHG każdy inny koncert mógł wypaść blado.

Ostatni dzień dość mocno odcisnął na mnie swoje piętno. Czułem już spore zmęczenie, dlatego odpuściłem dwa koncerty, które pierwotnie chciałem zobaczyć: HEATHEN i koncert o nieludzkiej godzinie DARVAZA, który miał się rozpocząć o 02:15. Trochę szkoda, ale nie byłem w stanie dotrwać do tej godziny, tym bardziej że rano musieliśmy opuścić hotel.

Reasumując, tegoroczna edycja Brutal Assault była jedną z ciekawszych imprez tego roku. Trudno było wrócić do rzeczywistości po tak intensywnych 4 dniach. Na szczęście czas płynie szybko, do zobaczenia za rok!!!!!!!!!!!!!!!!!!

NecronosfratuS